Wyszukiwanie

Kościół możemy odwiedzić w sposób trojaki: niejako mimochodem wstępując do niego na krótką modlitwę; uczestnicząc we Mszy św. w dzień powszedni; uczestnicząc we Mszy św. w niedzielę lub w inne święto kościelne.
W tym pierwszym przypadku nie jesteśmy oczywiście zobowiązani do jakichś specjalnych przygotowań. Jednak nasz strój musi być stosowny. Nie możemy odwiedzać kościoła w stroju kwalifikującym się tylko na plażę czy na boisko, np. w krótkich spodenkach czy negliżu. Nie może to być strój wywołujący zgorszenie czy znamionujący lekceważenie. Czy w krótkich spodenkach, w dresach czy innym niestosownym stroju odwiedzilibyśmy choćby na chwilę sejm, premiera, biskupa czy choćby naszego szefa w pracy? A w tym wypadku odwiedzamy przecież samego Boga?
Uczestnicząc we Mszy św. w dniu powszednim postępujemy w taki sposób jakbyśmy odwiedzali kogoś z wizytą towarzyską, tylko, że tu mamy do czynienia z odwiedzinami osoby wyjątkowo ważnej – Boga. Savoir vivre w sposób jednoznaczny określa wymogi związane z taką wizytą. Nie odwiedzamy nikogo w stroju roboczym. Nasz strój określa nasz stosunek do gospodarza, ma wyrażać szacunek. Zakładamy więc na siebie ubranie bardziej eleganckie i odświętne.
Jeżeli nasza wizyta ma uroczysty charakter ubieramy się w sposób uroczysty. Mężczyzna zakłada garnitur i płaszcz, kobieta strój do tego odpowiedni. Nikt nie idzie z uroczystą towarzyską wizytą w adidasach, dżinsach, spranym podkoszulku i podartej, starej kurtce.
Udział w niedzielnej Mszy św. ma rangę wyższą niż uroczysta wizyta towarzyska. Powinniśmy zatem ubrać się w sposób szczególnie elegancki i uroczysty okazując tym szacunek i gospodarzom (Bogu i proboszczowi) i pozostałym gościom (wiernym, wspólnocie parafialnej).

Ubiór kobiety
W świetle zasad savoir vivre i przepisów etykiety biznesowej ubiory kobiece dzielą się na dwie kategorie ze względu na rolę, jaką kobieta spełnia.
Może ona występować jako pracownik, reprezentant firmy, danego środowiska, jako naukowiec, dziennikarz czy po prostu jako człowiek. W takim wypadku jej ubiór, jak mówią specjaliści, reprezentuje opcję „zero seksu” - spódnica nie jest krótka, ramiona, dekolt i plecy są zasłonięte, ubiór nie jest ani obcisły ani prześwitujący, buty zakrywają palce i pięty, biżuteria i inne ozdoby są bardzo skromne. Za najbardziej reprezentatywne dla takiego ubioru uznaje się kostium, garsonkę, sukienkę z marynarką, lub mniej odświętne - klasyczną szmizjerkę z długimi rękawami czy bliźniak.
Kobieta może też występować jako przede wszystkim kobieta. Emanuje wtedy kobiecością, podkreśla ją i uwypukla, odsłaniając niektóre partie ciała. W takim stroju udaje się na randkę, do kawiarni, na spacer, na bal, na wieczorne „rozrywkowe" spotkanie towarzyskie.
Kościół jest takim miejscem, w którym, tak jak zresztą w każdej poważnej instytucji, ten drugi typ kobiecego stroju nie uchodzi, jest nie na miejscu, może komuś przeszkadzać, może kogoś gorszyć, a nawet obrażać. Któraś z kobiet powie: „nie odpowiadam za ludzkie reakcje”. O, nie. W świetle savoir vivre odpowiadamy za nie. Nasz ubiór i nasze zachowania, jak uczy etykieta, mają być takie, by u nikogo nie wywoływać negatywnych reakcji, by powodować powszechną akceptację. Poza tym należy pamiętać, że ubiór podkreślający kobiecość, uwypuklający ją może, co powinno być oczywiste, ściągać i rozpraszać uwagę mężczyzn, a przecież przyszli tu oni po to, by spotkać się z Panem Bogiem, a nie podziwiać kobiecą urodę.
Epatując ich swoimi wdziękami kobieta postępuje więc w taki sam sposób jakby przyszła do publicznej biblioteki, gdzie obowiązuje cisza, bo wszyscy chcą w skupieniu czytać, i włączyła głośno przenośne radio.
Któraś z pań mogłaby powiedzieć: „Ja nie ubrałam się w ten sposób do kościoła tylko na spacer, który nastąpi zaraz po Mszy św.”. No cóż. W takim wypadku trzeba do kościoła ubrać się stosownie i potem stracić trochę czasu, wrócić do domu i się przebrać.
Kobiety wybierając się z wizytą towarzyską, a nawet do pracy malują się i perfumują. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nie w każdej sytuacji jest to stosowne. Ostrzejszy makijaż jest stosowny tylko na wieczorne przyjęcie. Savoir vivre uczy, że gdy np. Idziemy na obiad kobieta nie powinna zbytnio się perfumować, bo zapach perfum będzie dominował nad zapachem jedzenia.
W kościele kobiety nie powinny epatować innych nie tylko swoją kobiecością - seksapilem, ale również w żaden inny sposób. Nie powinny rozpraszać ich, ściągać na siebie ich uwagi. Tutaj ludzie przyszli do Pana Boga, a nie po to, by nam się przypatrywać czy zachwycać się naszym zapachem. To wszystko kobiety powinny brać pod uwagę ubierając się do kościoła. Ich strój powinien zatem być elegancki, ale bardzo skromny, makijaż, jeżeli w ogóle, to bardzo dyskretny. Perfum nie powinny używać.
Pamiętajmy, że w świecie savoir vivre obowiązują dwie zasady w odniesieniu do stroju: nie możemy być nie tylko „niedoubrani” (underdressed), a więc ubrani zbyt, w stosunku do innych, skromnie i za mało odświętnie, ale również nie możemy być „nadubrani” (overdressed), a więc ubrani zbyt, w stosunku do innych, strojnie.
Kobiety siadając w pierwszych ławkach, powinny ponadto zwracać szczególną uwagę na stosowność swojego ubioru. Ich ubiór może bowiem rozpraszać również księdza (czy księży) lub inne osoby znajdujące się przy ołtarzu.
„Twój wygląd zewnętrzny - mówi chińskie przysłowie – jest kartą tytułową twojego wnętrza”. On sygnalizuje zatem również stosunek do miejsca, okoliczności, innych osób oraz, w tym wypadku, również Boga.
Warto w tym miejscu powtórzyć nieco złośliwą uwagę Jeana de Maison jr. w książce pt. „Odrobina dobrych manier (nawet w kościele) nie zaszkodzi”: „Te grupki dziewcząt nastawionych na atmosferę przyjęcia w czasie kazania i ofiarowania przypominają za każdym razem o wymogu grzeczności: czy wypada wzbogacić ich bezmyślne paraliturgiczne rozrywki słodyczami i coca colą? Paniom w futrach z norek oczywiście zaoferujemy tartinki z kawiorem i kieliszek czystej”.

Ubiór mężczyzny
Omawiając ubiór kobiecy stosowny do kościoła akcentuje się w znacznej mierze te jego elementy, które mogą rozpraszać, gorszyć, wywoływać skutki w perspektywie seksualności. Nie należy też jednak zapominać o tym, że powinien on być elegancki - odświętny. I taki również powinien być ubiór mężczyzny. Nie może to zatem być strój roboczy czy sportowy czym ujmijmy to precyzyjniej, treningowy.
Kanony elegancji i odświętności w wypadku mężczyzny są proste, jasne i precyzyjne. Mężczyzna udający się do kościoła na Mszę św. powinien mieć na sobie garnitur, najlepiej białą koszulę i oczywiście krawat oraz skórzane półbuty. Latem, szczególnie w godzinach południowych, ten ubiór może być jasny, a nawet biały, a zimą szary aż do czerni, którą mężczyzna przywdziewa w tych najbardziej uroczystych chwilach.
Tekst pochodzi z książki Stanisława Krajskiego "Savoir vivre w kościele".

 [1] 

Powrót

Czym jest duchowa adopcja?
-modlitwą w obronie poczętego życia
-osobistym wypełnianiem Jasnogórskich Ślubów Narodu
-pomocą dla osób cierpiących z powodu grzechu aborcji
-przejawem religijności Polaków,
-uwrażliwieniem społeczeństwa na wartość życia,
-zadośćuczynieniem dla osób cierpiących z powodu aborcji,
-poszerzeniem kręgu obrońców życia,
-wsparciem adopcji prawnej po narodzeniu dziecka.

Historia

Dzieło Duchowej Adopcji powstało po objawieniach w Fatimie, stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W roku 1987 r. ojcowie paulini w kościele Świętego Ducha w Warszawie rozpoczęli dzieło Duchowej Adopcji, które miało być jedną z form wypełniania Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego. Duchową Adopcję propagowaną w Polsce pobłogosławił Ojciec Święty Jan Paweł II w liście skierowanym do ks. prałata Franciszka Kołacza, Krajowego Moderatora Ruchu Domowego Kościoła.

Zasady

Zasady Duchowej Adopcji są proste. Jest to modlitewne zobowiązanie złożone najlepiej przy ołtarzu, podjęte przez konkretną osobę w intencji jednego dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie Bogu. Przez dziewięć miesięcy osoba podejmująca Duchową Adopcję ogarnia modlitwą dziecko i jego rodziców, prosząc Boga o szczęśliwe jego narodzenie. W ten sposób staje się duchowym rodzicem tego dziecka. Na modlitwę Duchowej Adopcji składa się jeden dziesiątek Różańca Świętego, codzienna modlitwa, której tekst podajemy, oraz dodatkowa dowolna ofiara czy wyrzeczenie - jak post lub walka z nałogiem.

Duchową Adopcję może podjąć każdy. Najpierw można objąć modlitwą tylko jedno dziecko. Po jej zakończeniu można adoptować duchowo kolejne, pod warunkiem dopełnienia poprzednich zobowiązań. Należy pamiętać o codziennym wypełnianiu przyrzeczeń, w razie jednorazowego zapomnienia trzeba wydłużyć okres modlitwy o jeden "zapomniany" dzień. W przypadku dłuższej przerwy, modlitwę trzeba podjąć na nowo od początku.

Po zdecydowaniu się na duchowa adopcje należy złożyć prywatne przyrzeczenie. Powinno się tego dokonać przed wizerunkiem Ukrzyżowanego lub Matki Najświętszej.

Formuła przyrzeczenia

Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, (ja, ....................) postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia .................... w Święto / Uroczystość .................... biorę w duchową adopcję jedno dziecko, którego imię Bogu jest wiadome, aby przez 9 miesięcy każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu.

Postanawiam:

-odmówić codzienną modlitwę w intencji nienarodzonego
-codziennie odmówić jedną tajemnicę różańca
-przyjąć nadto (nieobowiązkowo) postanowienia:
....................
....................
....................



Modlitwa codzienna
Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki,
Maryi, która urodziła Cię z miłością,
oraz za wstawiennictwem św. Józefa,
człowieka zawierzenia, który opiekował
się Tobą po narodzeniu, proszę Cię w intencji
tego nie narodzonego dziecka, które duchowo
adoptowałem, a które znajduje się
w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę,
daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje
dziecko pozostawili przy życiu, które
Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

Fragment Jasnogórskich Ślubów Narodu

"Święta Boża Rodzicielko i Matko Dobrej Rady. Przyrzekamy Ci z oczyma utkwionymi w żłóbek betlejemski, że odtąd staniemy na straży budzącego się życia. Walczyć będziemy w obronie każdego dziecięcia i każdej kołyski równie mężnie, jak nasi ojcowie walczyli o byt i wolność narodu, płacąc obficie krwią własną. Gotowi jesteśmy raczej śmierć ponieść, aniżeli śmierć zadać bezbronnym. Dar życia uważać będziemy za największą łaskę Ojca wszelakiego życia i za najcenniejszy skarb Narodu."

Pomocne adresy
Centralny Ośrodek Krzewienia Duchowej Adopcji - Jasna Góra,
ul. Kordeckiego 2 p. 108, 42-225 Częstochowa
tel. (034) 365-66-88, 365-67-28

 [1] 

Powrót

Narzeczeństwo to piękny czas, podarowany przez Pana Boga dwojgu ludziom, bardzo decydujący dla rozwoju ich przyszłego małżeństwa. Jako narzeczeni wkroczyliśmy na drogę bliższego przygotowania do sakramentu małżeństwa w Boże Narodzenie 1996 roku. Małżeństwem jesteśmy od 9 lat.

W jaki sposób przygotowywaliśmy się do tego nowego etapu naszego życia? Nasza bliższa znajomość trwała około czterech lat. To przede wszystkim okres studiów, jakie rozpoczęliśmy w Warszawie. Jako studenci zaangażowaliśmy się w działalność duszpasterstwa akademickiego. Uczestnictwo w życiu duszpasterstwa umocniło przede wszystkim naszą wiarę, poznaliśmy wspólnych znajomych, z którymi nadal utrzymujemy kontakt. Podejmując działania na rzecz wspólnoty Kościoła, mogliśmy się wzajemnie poznawać w różnych sytuacjach, uczestniczyć w wycieczkach i dobrej zabawie.

Niekiedy młodzi ludzie próbują przekonać, że jedynie mieszkając razem, mogą się dobrze poznać. Tymczasem możliwość poznawania się poprzez wspólne zamieszkanie przed ślubem jest bardzo ograniczona, a już na pewno nie zagwarantuje nam to udanego małżeństwa. Nie uzyskamy choćby odpowiedzi na żadne z poniższych, bardzo przykładowych pytań: jak zachowa się współmałżonek, kiedy po całym dniu pracy będzie musiał czuwać w nocy przy chorym dziecku lub czy przetrwa nasza miłość, gdy przyjdzie zmierzyć się z cierpieniem, jakim jest śmierć upragnionego dziecka lub jego nieuleczalna choroba, jak wytrwać w wierności małżeńskiej, kiedy konieczne okazuje się pozostawanie we wstrzemięźliwości seksualnej przez okres ciąży i leczenia po powikłanym porodzie - skoro nie udało się wytrwać w czystości przedmałżeńskiej. Poza tym mogą pojawić się choroby, uzależnienia, brak pracy... To lista niekończących się pytań i problemów, wobec których po ludzku człowiek staje bezradny i jedynie miłość małżeńska, która w Jezusie Chrystusie znajduje swój fundament oraz siłę, jest w stanie przetrwać wszelkie trudności i cierpienia. Oprócz duszpasterstwa akademickiego polecamy młodym ludziom wspólną wyprawę na pątniczy szlak, np. do Częstochowy. Pielgrzymując w grupie bliskich znajomych, przemierzaliśmy tę drogę wiele razy. To podczas pielgrzymki, uczestnicząc każdego dnia w Eucharystii, stawaliśmy się bliżsi sobie w jedności z Jezusem, który jest miłością. Uczyliśmy się wspólnej modlitwy, modlitwy za siebie nawzajem, wspierania się w momencie, kiedy druga osoba traci siły, a na miejscu odpoczynku trzeba jeszcze rozbić namioty, przynieść wody, zrobić kolację... Bliższe przygotowywanie się do sakramentu małżeństwa to nasz udział w katechezach, wykładach dla narzeczonych. Zachęcamy młodych, studiujących i mieszkających w dużych miastach, aby poszukali na uczelniach, w parafiach, w klasztorach informacji dotyczących spotkań przedmałżeńskich i z nich skorzystali. W wielości propozycji z łatwością można odnaleźć takie spotkania, które spełnią nasze oczekiwania. Młodym ludziom z mniejszych miasteczek polecamy katechezy w swoich parafiach oraz wspólne czytanie książek. W obecnych czasach nie stanowi żadnego problemu dotarcie do dobrej książki o rodzinie. Ojciec Święty Jan Paweł II, zatroskany o rodziny, napisał w roku 1994 List do Rodzin, a nieco później adhortację o zadaniach rodziny chrześcijańskiej we współczesnym świecie "Familiaris consortio". Polecamy również rozprawę filozoficzną "Miłość i odpowiedzialność", w której ks. Karol Wojtyła daje odpowiedzi na najbardziej intymne problemy młodych ludzi.

Wracając do spotkań przygotowujących, dane nam było wspólnie ukończyć kurs naturalnego planowania rodziny. Nie była to pogadanka, ale wielogodzinny cykl spotkań, podczas których doświadczone małżeństwo przekazywało nam swoją wiedzę na temat metod naturalnych.

Jakie znaczenie ma obecnie otrzymana wówczas wiedza, a jakie po latach zdobyte doświadczenie? Odpowiemy za Ojcem Świętym Janem Pawłem II: "Styl życia wywodzący się z praktykowania okresowej wstrzemięźliwości prowadzi współmałżonków do pogłębienia wzajemnego poznania i osiągnięcia harmonii ciała, umysłu i ducha, która ich wzmacnia i pożywia w nieustannej wędrówce przez życie". Nie oznacza to, że nigdy nie przeżywaliśmy żadnych trudności, ale zawsze staraliśmy się poprzez uczestnictwo w sakramencie pojednania (kierownictwo duchowe, wspólny spowiednik) i w Eucharystii czerpać łaskę do ich pokonywania. Dziś coraz częściej korzystamy z wiedzy i doświadczenia dotyczącego umiejętności wyznaczania okresu płodności, by pomagać zaprzyjaźnionym małżonkom, którzy mają problemy z poczęciem dziecka.

Narzeczeństwo to również czas na wzajemne poznawanie zainteresowań, upodobań, poprzez chodzenie nie tylko na katechezy, lecz również do kina, teatru, na zabawy, spacery. Czas, by pokochać różnice. Uwierzcie, nie wszystkie bowiem są złe, miłość je pokonuje. "Najważniejsze jest, by mieć tę samą koncepcję miłości i ten sam cel życiowy: pragnienie Boga i wieczności" - jak pisze Antoni Carol w książce "Inżynieria miłości".

Bardzo ważne jest także bezpośrednie już przygotowanie ceremonii ślubu. Wspólnie przygotowywaliśmy modlitwę wiernych, czytania, a także uroczyste przeprowadzenie Intronizacji Najświętszego Serca Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi. Po zawarciu ślubu wspólnie odczytaliśmy Akt Poświęcenia Rodziny Najświętszym Sercom, następnie podarowaliśmy: mąż - żonie obraz Niepokalanego Serca Maryi, żona - mężowi obraz Serca Pana Jezusa. Intronizację zakończyliśmy słowami: "Przenajświętsze Serce Jezusa, przyjdź Królestwo Twoje, przez Niepokalane Serce Maryi". Więcej informacji na temat intronizacji można znaleźć w książce Ewy Hanter "Intronizacja Serca Jezusowego w rodzinie", z której korzystaliśmy.

Nie wiemy, jak będą wyglądały kolejne dni naszego małżeństwa. Mamy dwoje dzieci, doświadczyliśmy bardzo wiele radości, ale i zetknęliśmy się z cierpieniem. Każdego dnia, modląc się za siebie nawzajem, powierzamy swoją rodzinę Bożej opiece. Podobno dobry początek przygotowuje dobrą przyszłość. Nie zmarnujcie, narzeczeni, tego czasu.

 [1] 

Powrót

Nie jest łatwo młodym ludziom, żyjącym w obecnej dobie, z odwagą i nadzieją patrzeć na swoją przyszłość, marzyć o udanym życiu małżeńskim. Wielu młodych boi się małżeństwa. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest bardzo duża ilość rozwodów, rozpadów związków, bardzo często już w pierwszych latach ich istnienia. Trzeba więc zadawać pytania: jak dobrze przygotować się do małżeństwa, aby przeżyć je w upragnionym szczęściu, w miłości, z radością i zrozumieniem? Czy w ogóle istnieje recepta na udane małżeństwo?

Z wielkim przekonaniem pragnę zapewnić młodych Czytelników, że możliwe jest dobre przygotowanie się do małżeństwa, nawet jeśli związek rodziców nie może stanowić pozytywnego przykładu. Istnieje też recepta mocno podnosząca prawdopodobieństwo sukcesu w małżeństwie. Jest to w zasadzie złota recepta gwarantująca szczęście w małżeństwie pod warunkiem, że będzie się konsekwentnym w jej realizacji. W przedstawionych rozważaniach postaram się odpowiedzieć na postawione pytania. Zapewne nie uda się to w jednej części, ale nie żałujmy miejsca i czasu, gdyż zamierzamy zmierzyć się z zagadnieniami dla nas wszystkich fundamentalnymi, warunkującymi wszystko, co w życiu robimy. Tak jest w rzeczywistości: od jakości małżeństwa zależy jakość każdego z nas, jakość rodziny, parafii i całego narodu!

Jak dobrze przygotować się do małżeństwa?



Najpierw potrzebne jest uświadomienie sobie, że konieczny jest konkretny trud i czas na zdobycie zasobu wiedzy, przyswojenie sobie pewnych treści merytorycznych. Jest rzeczą dziwną i smutną, że potrafimy bardzo dużo czasu i zaangażowania poświęcić na zdobycie umiejętności posługiwania się komputerem, językiem, pojazdem, na podnoszenie swoich kwalifikacji zawodowych, sprawności fizycznej, a niewiele konkretnego czasu angażujemy w przygotowanie się do zadania, które jest najważniejsze. Tak, wszystko, co robimy, zamierzamy robić, jest ważne i potrzebne, ale najważniejsze jest małżeństwo i trzeba się do niego bardzo dobrze przygotować. Bardzo często po głoszonych naukach dla małżonków słyszę słowa: gdybyśmy wiedzieli to wcześniej! Gdyby nam ktoś to wcześniej powiedział! Wybrzmiewa tu też pewien żal, że zapewne uniknęłoby się wielu trudnych, przykrych sytuacji, jeśli posiadałoby się konkretną wiedzę. Właśnie wiedzę. Niestety, wielu patrzy na małżeństwo, na miłość i szczęście z nastawieniem: jakoś to będzie. Nie! Szczęśliwe małżeństwo to nie dar, to nie przypadek, to sukces, wielokrotnie okupiony wielkim trudem, wysiłkiem, dziesiątkami wyrzeczeń.

W pierwszej kolejności potrzebne jest więc uświadomienie sobie konieczności podjęcia systematycznej pracy kształceniowej i samokształceniowej, ułożenie planu rozwoju, można powiedzieć: w kierunku małżeństwa.

A teraz konkretne treści do przyswojenia.

1. Jednoznacznie odrzucić myślenie o życiu w jakiejkolwiek formie związku partnerskiego, która nie jest małżeństwem sakramentalnym. A więc żaden wolny związek, wspólne zamieszkanie "na próbę", związek z osobą po rozwodzie! Tylko małżeństwo sakramentalne gwarantuje pełny, optymalny rozwój miłości ku prawdziwemu, pełnemu szczęściu. Każdy inny sposób realizacji życia we dwoje jest gorszy, zakłamany i zmierzający ku zniszczeniu. Bardzo proszę dostrzec, że nie odnoszę się do istniejących związków niesakramentalnych, lecz proszę i przestrzegam młodych ludzi, bez doświadczeń w tej dziedzinie, będących dopiero na starcie wspólnej drogi życiowej, przed komplikowaniem sobie życia. Małżeństwo sakramentalne jest najpiękniejszą drogą życia mężczyzny i kobiety, gdyż opiera się na odniesieniu do Jezusa, umożliwia Jego stałą obecność. Taki stan rzeczy jest związany z nieograniczonymi możliwościami rozwoju wszelkich relacji miedzy żoną a mężem. Daje możliwość korzystania z wielkich dóbr duchowych, które zawsze przyczyniają się do udoskonalania ludzkich dążeń. Rozsądek podpowiada, że powinno wybierać się rozwiązania najlepsze. Stwórzmy hasło reklamowe: "Małżeństwo - wybierz, co najlepsze", albo: "Małżeństwo - nie dla idiotów", czy może: "Wolny związek - prawie małżeństwo. Prawie robi wielką różnicę". Ponieważ zajmujemy się tym zagadnieniem jako osoby wierzące w Chrystusa, uznające wielkość i wartość Kościoła katolickiego, przypomnijmy sobie, co na ten temat mówi nam Katechizm:

"Wolny związek ma miejsce wówczas, gdy mężczyzna i kobieta odmawiają nadania formy prawnej i publicznej współżyciu zakładającemu intymność płciową" (KKK nr 1631).

Określenie to(„wolny związek”) jest zwodnicze: co może oznaczać związek, w którym ludzie nie podejmują zobowiązań wobec siebie i dają w ten sposób wyraz brakowi zaufania w odniesieniu do drugiej osoby, do samego siebie lub do przyszłości?

Określenie "wolny związek" odnosi się do różnych sytuacji, takich jak: konkubinat, odmowa małżeństwa jako takiego, niezdolność do podjęcia trwałych i ostatecznych zobowiązań (por. Jan Paweł II, adhortacja apostolska "Familiaris consortio", 81). Wszystkie te sytuacje znieważają godność małżeństwa, niszczą samo pojęcie rodziny, osłabiają znaczenie wierności. Są one sprzeczne z prawem moralnym. "Akt płciowy powinien mieć miejsce wyłącznie w małżeństwie; poza nim stanowi zawsze grzech ciężki i wyklucza z Komunii sakramentalnej" (KKK nr 2390). Za wielką tragedię uznaję sytuację, kiedy wierzący młodzi ludzie, często regularnie praktykujący, podejmują decyzję o wspólnym zamieszkaniu, uzasadniając to wielorakimi korzyściami, zupełnie nie dostrzegając, że stoi to w sprzeczności z nauką Jezusa i Kościoła, że jest to trwanie w śmiertelnym grzechu. Często owo wspólne zamieszkiwanie bez ślubu dokonuje się za przyzwoleniem katolickich rodziców, również naiwnie mówiących: a cóż w tym złego, przecież to dzisiaj takie modne, wszyscy tak robią. Straszne słowa, potwierdzające brak odpowiedzialności rodziców za zbawienie swoich dzieci!

2. Za nadrzędną wartość w okresie przed zawarciem małżeństwa należy uznać trwanie w czystości. Wiem, że wielu młodych ludzi ma alergię na słowa: czystość przedmałżeńska. Nie dziwię się: to wartość, na zniszczeniu której najbardziej zależy szatanowi, a nasze odczucia są efektem jego skutecznej propagandy, ośmieszającej ten stan. Prawie się to dzisiaj udało przeciwnikowi Boga. Zaproszenie do trwania w czystości do dnia ślubu, do uznania dziewictwa za największy dar, jaki małżonkowie mogą sobie złożyć na początku swojej wspólnej drogi, napotyka ogromny i niestety irracjonalny opór w świadomości młodzieży. Jakże często doznaję wręcz zdumienia, kiedy rozmawiając o tym z młodymi ludźmi, dostrzegam w nich narastanie oporu i emocji, zamykanie się na racjonalne, rzeczowe argumenty. Często jest to młodzież angażująca się w działalność różnych grup parafialnych, chodząca na pielgrzymki, często wyjeżdżająca na rekolekcje! Szatan zaciera ręce...

Moje argumenty są bardzo konkretne. Po pierwsze: Dekalog, jego szóste przykazanie. Pamiętać trzeba, że cudzołóstwo to wszelki seks pozamałżeński. Często młodzi ludzie myślą, że łamanie tego przykazanie dokonuje się tylko przez zdrady małżeńskie, a podejmowanie współżycia przed ślubem, tym bardziej w narzeczeństwie, kiedy jest się już ze sobą bardzo blisko uczuciowo, nie jest cudzołóstwem. Często młodzi ludzie mówią: ponieważ się kochamy, to możemy. Konieczne jest też otwarcie się na prawdę, że Dekalog jest zbiorem praw naturalnych, których zaistnienie w społecznościach ludzkich gwarantowało najwłaściwsze relacje, chroniło i zabezpieczało przed wielorakimi konsekwencjami. Jest to zbiór praw dla dobra człowieka, a nie dla jego zniewolenia, ograniczenia. Prawa gwarantujące optymalny rozwój jednostki i wspólnoty. W Kazaniu na Górze Jezus nie znosi Dekalogu, a dopowiada słowa mające na celu ułatwienie nam realizacji i dostrzeżenia motywacji. W odniesieniu do tego przykazania Jezus mówi: "Słyszeliście, że powiedziano: 'Nie cudzołóż!' A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła" (Mt 5, 27-30). Nie są to słowa mające na celu pognębienie nas, utrudnienie życia, ale ułatwiające poruszanie się w zagmatwanej rzeczywistości. Po prostu unikanie wszystkiego, co potęguje pożądliwość, sztucznie pobudza zmysły, jest dla naszego dobra. Jakże aktualne są te słowa dzisiaj, kiedy źródeł pobudzania pożądliwości jest tak wiele. Nie ma lepszego znawcy ludzkiej natury od Chrystusa, dlatego nie dziwmy się, że są tu użyte tak stanowcze słowa. Chodzi o uchronienie nas przed strasznymi konsekwencjami. Wszyscy katoliccy księża egzorcyści potwierdzają, że obecnie ogromna większość zniewoleń i opętań młodych ludzi przez szatana swoją przyczynę ma w stałych wykroczeniach przeciwko czystości w postaci oglądania pornografii, samogwałtu, seksu przedmałżeńskiego. Jest to stałe trwanie w grzechu śmiertelnym, wielokrotnie z ukrywaniem takich zachowań w czasie spowiedzi.

I znowu popatrzmy, co na ten temat mówi Katechizm:

"Narzeczeni są powołani do życia w czystości przez zachowanie wstrzemięźliwości (1632). Poddani w ten sposób próbie, odkryją wzajemny szacunek, będą uczyć się wierności i nadziei na otrzymanie siebie nawzajem od Boga. Przejawy czułości właściwe miłości małżeńskiej powinni zachować na czas małżeństwa. Powinni pomagać sobie wzajemnie we wzrastaniu w czystości" (KKK nr 2350).

Zachęcam także do przeczytania pozostałych punktów Katechizmu dotyczących tej dziedziny, szczególnie od 2351 do 2359.

Pragnę bardzo mocno zachęcić do wytrwania w czystości wbrew lansowanym poglądom. Może warto właśnie tak podejść do tego zagadnienia: wytrwam w czystości, ponieważ do tego zachęca mnie Jezus, a wiem, że On pragnie mojego prawdziwego dobra. Ponieważ nie jest to łatwe, dlatego warto intensywnie wspierać się środkami nadprzyrodzonymi: regularna spowiedź, modlitwa w intencji wytrwania, jak najczęstszy pełny udział we Mszy św. W tej części już wystarczy. Jeszcze raz zachęcam do zaangażowania konkretnego trudu w dobre przygotowanie się do małżeństwa, pamiętając, że to właśnie ono jest dla każdego z nas najlepszą formą przeżycia ziemskiej wędrówki.

 [1] 

Powrót

Przynajmniej raz w życiu depresja dotyka co czwartą kobietę i co ósmego mężczyznę na świecie

Światowa Organizacja Zdrowia umieszcza depresję na 4. miejscu wśród najważniejszych problemów zdrowotnych na świecie. Według szacunków, w 2020 r. to depresja stanie się drugim - po chorobie wieńcowej - powodem niepełnosprawności. Choć nieleczona depresja zdecydowanie obniża jakość i długość życia, jej wykrywalność ciągle jest niewielka. Tymczasem uczeni - psychologowie i psychiatrzy - podkreślają, że depresję można obecnie bardzo skutecznie i bezpiecznie dla pacjenta leczyć.

Gdy człowiek odczuwa smutek i przygnębienie, spadek zainteresowań i energii, brak przyjemności, ogólne zmęczenie i stan ten utrzymuje się przez co najmniej dwa tygodnie - można podejrzewać u niego występowanie klinicznego zespołu depresyjnego - tłumaczyli specjaliści podczas specjalnej sesji naukowej zorganizowanej w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Objawy dodatkowe to zmniejszenie aktywności, poczucie bezradności, beznadziejności, winy, powracające myśli o śmierci, pragnienie śmierci i wynikające z niego zachowania samobójcze. Może dochodzić do tego zmniejszona zdolność koncentracji, zapamiętywania, podejmowania decyzji, co bardzo utrudnia życie zwłaszcza osobom wykonującym pracę umysłową.

W Polsce na depresję choruje kilkaset tysięcy osób rocznie. W USA - kilkanaście milionów. - Oblicza się, że 15-20 lat temu, gdy jeszcze nie istniały nowoczesne leki przeciwdepresyjne, co czwarty chory na depresję ginął w wyniku zamachu samobójczego, obecnie - co dziesiąty - wskazuje prof. Halina Marmurowska-Michałowska, psychiatra. - Jest to w dalszym ciągu wysoki wskaźnik mimo coraz lepszego diagnozowania i leczenia - dodaje.

Statystyki wskazują, że depresja jest przede wszystkim problemem ludzi w wieku podeszłym. Cierpi na nią co 7. pacjent po 60. roku życia. Jednak najnowsze badania wskazują, że depresją dotknięte są także dzieci i młodzież.

- Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku dominował pogląd, że depresja nie istnieje u dzieci - podkreśla dr Maria Oleś z Instytutu Psychologii KUL. - Późniejsze badania zmieniły to nastawienie i doprowadziły do ukształtowania się poglądu o podobieństwie depresji u dzieci, młodzieży i dorosłych. Istniejące różnice wynikają raczej ze względów rozwojowych i środowiskowych.

Przyczyny depresji są bardzo zróżnicowane. Mogą to być czynniki socjalne, jak np. osamotnienie czy żałoba, zła sytuacja materialna, utrata pracy, niekorzystne czynniki życiowe. Oczywiste są czynniki psychologiczne, jak sytuacje konfliktowe przeżywane często w połączeniu z zaburzeniami osobowości, wiadomość o chorobie somatycznej powodująca uraz psychiczny prowadzący do depresji.

Czynniki biologiczne

- Depresja ma też swoje uwarunkowania typowo biologiczne, o czym zwłaszcza w gronie psychologów myśli się dość rzadko albo wręcz nie bierze się pod uwagę - uważa prof. Marmurowska-Michałowska. Chodzi o obciążenia genetyczne, nadużywanie alkoholu bądź substancji psychoaktywnych. - Substancje te ludzie stosują na ogół, żeby poczuć się lepiej, poprawić nastrój, co jednak po dłuższym stosowaniu prowadzi do uszkodzeń na poziomie biologicznym - twierdzi uczona.

Przyczyną depresji mogą być też leki. Depresjogenne są np. niektóre leki na obniżenie ciśnienia. Także niektóre środki antykoncepcyjne zakłócające metabolizm powodowały stany depresyjne.

Gdy depresji towarzyszą niekorzystne objawy somatyczne, może występować tzw. depresja maskowana. Objawy depresyjne są w tym przypadku zaznaczone bardzo dyskretnie, natomiast na pierwszy plan wysuwają się inne objawy o charakterze somatycznym. Są one różne, np. bólowe, które imitują choroby somatyczne - kardiologiczne, gastrologiczne i inne.

Ostrożnie z diagnozą

Zdaniem psychiatrów, istnieje dziś problem uzyskania prawidłowej diagnozy depresji. Powodem jest nastawienie wielu lekarzy rodzinnych, którzy eliminują czynnik psychiczny czy psychologiczny jako przyczynę dolegliwości, z którą zgłasza się pacjent. Właściwej diagnozy nie ułatwia także lęk samego pacjenta przed piętnem człowieka objętego pomocą psychologiczno-psychiatryczną. W Polsce brak stosownych badań przesiewowych, które mogłyby być prowadzone na poziomie gabinetu lekarza rodzinnego.

- A jeśli stany depresyjne są już rozpoznane w gabinecie lekarza rodzinnego, to pacjentom podaje się najczęściej leki uspokajające, nasenne, poprawiające jedynie niektóre elementy obrazu klinicznego depresji, natomiast nie leczy się depresji w sposób kompleksowy - wskazuje prof. Marmurowska-Michałowska. - Na domiar złego często powodują one uzależnienie pacjenta od tych substancji - dodaje. Tymczasem depresję można obecnie skutecznie leczyć. - Podkreślam z całą mocą, że leczenie depresji jest dziś bezpieczne, a leki depresyjne nie powodują uzależnienia - akcentuje prof. Marmurowska-Michałowska. - Należy ostrzegać ludzi przed stosowaniem środków uspokajających i nasennych, masowo i często bez sensu zapisywanych w gabinetach lekarskich.

 [1] 

Powrót

Psychologia porozumiewania się zwraca uwagę na komunikację niewerbalną. Jednym z istotnych jej elementów jest strój. Za jego pomocą możemy wyrazić przynależność do określonej grupy, szacunek dla człowieka, żałobę, świętowanie. Poprzez strój wyrażamy też samych siebie. Jest on istotną formą naszego obrazu, formą przedstawienia siebie i własnych odniesień do innych.

Niewłaściwym strojem można popełnić faux pas. Nietaktem mogącym wywołać szok u współbiesiadników jest przybycie na wytworne, wieczorowe przyjęcie w jeansach. Podobne zaskoczenie wzbudzi przyjście na ognisko w sukni balowej i w szpilkach. Ubiór na wycieczkę czy boisko inaczej wygląda niż strój do teatru. Wybierając się na wyprawę turystyczną powinniśmy dostosować ubiór do warunków pogodowych i terenowych. Strój na lekcje WF powinien zapewnić wygodę i bezpieczeństwo przy wykonywaniu ćwiczeń. Przy szczególnie uroczystych okazjach poprzez strój powinniśmy wyrazić elegancję i podniosły nastrój. Rolę ubioru podkreśla nawet Pismo Święte, wzywając: "oddajcie pokłon odziani w święte szaty" (Ps 96, 9a), albo stawiając pytanie z napomnieniem: "jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego?" (Mt 22, 12).

Nauka o stroju w życiu człowieka jest i powinna być istotnym elementem wychowawczym. Jest to przede wszystkim zadanie rodziców, ale także nauczycieli i wychowawców. Umiejętność dobrania stroju do okazji jest elementem zasad dobrego tonu (bon ton). Reguły savoir-vivre - zachęcające do tego, by "wiedzieć, jak żyć" - podają również elementarne wskazówki dotyczące tego, jak się ubrać. Niewłaściwym strojem można dać o sobie samym negatywną opinię, można kogoś urazić, zlekceważyć albo poniżyć. Tego kulturalny człowiek powinien unikać. Umiejętność współistnienia z innymi wymaga zwrócenia uwagi na własny wygląd zewnętrzny.

Zaniedbania i niestosowności

Wygląd wielu współczesnych ludzi dowodzi braku podstawowej wiedzy na temat roli stroju. To prawda, że znaczna część polskiej elity została wymordowana podczas wojny. Niewykluczone, że socjalistyczna edukacja mas stępiła wrażliwość na estetykę, a liberalizm przyczynił się do krzykliwego odrzucania kanonów. Wydaje się też, że starsze pokolenie popada czasem w wychowawczą bierność i nie przekazuje młodzieży podstawowych zasad, do których należy też dbałość o własny wygląd i znaczenie ubioru. Dowodzą tego różne sytuacje z życia.

Jeżeli w procesji Bożego Ciała dwunastoletnia dziewczyna, idąca obok swej matki, ubrana jest w koszulkę typu T-shirt i obcisłe legginsy, to znaczy, że wychodząc z domu, matka w ogóle nie zwróciła uwagi na to, jak wygląda jej dziecko. Być może:

- zupełnie się tym nie interesuje,

- nie dba o to,

- sama nie wie, jak być powinno,

- nie wierzy we własne oddziaływanie wychowawcze: "bo córka i tak zrobi wszystko, co zechce",

- dawno porzuciła prawo i obowiązek wychowywania własnych dzieci,

- uznaje daleko idącą dowolność, współczesny trend "róbta, co chceta" i uleganie trywializującej wszystko swobodzie.

Prawda jest tymczasem taka, że opisany wyżej strój nadaje się na boisko sportowe, ale nie dla podkreślenia doniosłej chwili i wyrażenia hołdu swemu Zbawcy. Rolą rodziców jest zwrócenie uwagi na odmienność sytuacji, jaką tworzą np. zawody sportowe, a jaką uroczystość religijna. To od rodziców dziecko ma prawo spodziewać się pomocy w dostosowaniu stroju do okoliczności.

Czasami zdarza się widzieć ubranych chłopców w koszulki z podobizną demonów z zakrwawionymi kłami czy wulgarnymi bądź pornograficznymi obrazami. Skłania to do postawienia pytania: Czy rzeczywiście jest świadomym wyborem i wolą rodziców oddziaływanie na ich dziecko tego typu treści? Czy jest to raczej całkowita obojętność, bierność, zaniedbanie wychowawcze od wczesnego dzieciństwa i brak miłości? Któż bardziej niż rodzice powinien kochać dzieci? Miłość zaś wymaga ochrony przed złem, a nie poddawania złym oddziaływaniom tych, którzy sami tego zła nie rozumieją bądź obronić się przed nim nie potrafią.

Coraz bardziej szerzy się, także w Polsce, nieprzyzwoita tendencja pokazywania się z odsłoniętymi brzuchami, pępkami, znaczną częścią obnażonych pleców i bioder. Niektórzy zauważają, że coraz trudniej kupić normalnej długości bluzki czy spodnie nie będące "biodrówkami". Skąd jednak młodzież ma wiedzieć, że to niestosowne:

- jeśli nikt starszy jej tego nie powie,

- skoro rodzice dają pieniądze na takie stroje,

- skoro nauczyciel w szkole milczy, widząc taki ubiór uczennicy,

- a nawet ksiądz nie wyraża dezaprobaty na widok tak ubranych "wiernych" w Kościele?

Warto przypomnieć, że "milczenie jest oznaką zgody". Tymczasem na bezczeszczenie świątyni ludzkiego ciała zgody być nie może. Wielu nie zwraca uwagi, bo nie chce się narażać na głosy sprzeciwu, uznanie za staroświeckich i konserwatywnych. Wielu tłumaczy swą bierność tym, że "i tak nic się nie da zrobić". W rzeczywistości jest to brak troski i miłości do młodego człowieka, zwalnianie się z obowiązku wychowania i samowolne dyspensowanie z pełnienia uczynków miłosiernych: "grzeszących upominać, nieumiejętnych pouczać, wątpiącym dobrze radzić". Dla takiego zaniedbania nie ma sensownego usprawiedliwienia. Niewłaściwy strój może oznaczać lekceważenie Boga, może być zgorszeniem dla innych i ujmą dla siebie samego. Wychowując, trzeba mówić o tym, czego czynić się nie godzi, a co jest właściwe, co wypada, a czego nie wypada, co jest stosowne, a co niestosowne, co czynić należy i co trzeba odrzucić. W założonym przez ks. Franciszka Blachnickiego Ruchu Światło-Życie jest miejsce na naukę o skromności stroju. Tej właśnie wiedzy potrzebuje dzisiejsze, i starsze, i młodsze, pokolenie. Nie można bowiem dać wychowankom tego, czego się samemu, jako wychowawca, nie posiada.

Strój odsłaniający intymne części ciała nie nadaje się do szkoły, która z założenia jest i powinna być miejscem nauki, a nie podniecania, uwodzenia czy podejmowania czynności seksualnych. Wygląd niektórych uczennic, a nawet nauczycielek pojawiających się w szkołach dowodzi, że tę oczywistą prawdę należy przypominać. Zwracanie uwagi na strój to obowiązek wychowawczy. Powinien on być podejmowany zarówno poprzez skierowane do uczniów pouczenia słowne, jak i troskę o własny sposób ubierania się. Wygląd nauczyciela jest też istotnym komunikatem dla ucznia. Niewłaściwy - może demoralizować i mieć oddziaływanie antywychowawcze. Trudno oczekiwać sukcesów pedagogicznych w zakresie nauczania o przyzwoitości stroju u nauczycielki, która sama ubierałaby się do pracy w sposób wyzywający. Utrata osobistej wrażliwości i subtelności w doborze stroju stwarza potrzebę tym wyrazistszego mówienia na ten temat, a także dokonywania stosownych zapisów w statutach szkoły. Takie potraktowanie sprawy jest korzystne zarówno dla dobra jednostki, jak i ogółu. Powinno posłużyć wzrostowi tego, co nazywamy ogładą i kulturą bycia oraz stać się jednym z mechanizmów oddziaływania wychowawczego. Dobre maniery, szacunek do mężczyzny i samej siebie powinny skłonić kobietę do tym większej dbałości o prostotę i skromność stroju. W koedukacyjnej szkole dziewczyna nie ma być obiektem pożądania, lecz współpracy naukowej. Dotyczy to także uniwersytetów. Troskę o wygląd zewnętrzny należy wpajać, począwszy od przedszkola. Nazywane mądrością narodu przysłowia pouczają: "Jak cię widzą, tak cię piszą", "Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci", "Czego Jan się nie nauczył, tego Jaś nie będzie umiał". Przypomnienie tych zasad wydaje się współcześnie szczególnie pożyteczne. Może przyczynić się do wsparcia odpowiedzialności za siebie i innych, do troski o własną dojrzałość i godne współistnienie z innymi.

Pewnego dnia nastoletni chłopak wrócił do domu z kolczykiem umieszczonym w przekłutym języku. Poruszony tym widokiem ojciec zapytał: "Czemu to zrobiłeś?". Syn odpowiedział: "Żeby się wyróżniać". - "Wiedzą się wyróżniaj" - zachęcił ojciec. Rzeczywiście, uwaga i porada ojca jest słuszna. Pragnienie zwrócenia na siebie uwagi trzeba skierować na właściwe, twórcze i przydatne tory. Pojawia się jednak pytanie o wcześniejsze relacje ojca z synem. Czy nie było w nich zaniedbania, skoro chłopak nie spytał o radę, zanim doszło do tego okaleczenia? Jeśli ktoś podsunął mu pomysł zakolczykowania, a on nie znalazł argumentów, by tę sugestię odrzucić, mógł przecież skonsultować to z rodzicami znacznie wcześniej. Czy jednak mieli dla niego czas, czy uzyskali jego zaufanie? A może ten nieszczęsny kolczyk nie był tylko wyrazem głupoty i ulegania bezsensownej presji innych, lecz swoistym krzykiem o uwagę i miłość? Trzeba przekonać młodych ludzi, że nie muszą uciekać się do tak drastycznych kroków dla zdobycia zainteresowania dorosłych. Co więcej, wrażenie, jakie uzyskają, umieszczając w swym ciele te wątpliwe ozdoby (niegdyś sposób znakowania niewolników), będzie u starszych raczej niekorzystne. W tej sytuacji młodzi ludzie raczej nie otrzymają tego, czego rzeczywiście pragną, czyli sprzyjającej uwagi i pozytywnej akceptacji. Jeżeli zaś kolczyk, będący szokującym elementem wyglądu, jest oznaką buntu, to trzeba przyznać, że taka manifestacja przybiera niedojrzałą i zupełnie niekonstruktywną formę. Warto to zauważyć i szybko z tego infantylizmu wyrosnąć.

Mundurek szkolny

Specyfika stroju dotyczy rozmaitych okoliczności i sytuacji, w jakich się znajdujemy. Wiąże się to z rodzajem wykonywanej pracy. Szpitalne fartuchy, kombinezony ochronne w fabryce, kaski z latarką górniczą, identyfikatory uczestników naukowych konferencji, mundury żołnierzy, policjantów i kolejarzy to niekwestionowana normalność. Tym bardziej dziwią zastrzeżenia niektórych osób odnośnie do propozycji mundurków szkolnych. Pokolenie obecnych 70-latków z dumą wspomina czapki uczniowskie, mundurki i tarcze, które napisem, kolorem i wzorem odróżniały poszczególne szkoły. Bycie uczniem określonej szkoły poczytywano sobie za chlubę. Zaszczytem było znaleźć się w poczcie sztandarowym czy też kroczyć razem na niedzielną Mszę Świętą.

Potrzeba przynależności do uznawanej grupy to - zgodnie z prawidłami psychologii - jedna z wyższych potrzeb człowieka. Czyżby współcześnie ta potrzeba była zaburzona? Co z autorytetem szkoły i wartością nauczania, skoro niektórzy, zamiast się tym chlubić, chcą ukryć fakt bycia uczniem? Co stało się z poczuciem identyfikacji? Jaki jest sens uczęszczania do szkoły, której uczeń się wstydzi? Jakie będą rezultaty takiej nauki? Trzeba przywrócić właściwą hierarchię wartości, by nie wstydzić się dobra i nie gloryfikować zła. Cenną inicjatywą staje się więc możliwość wpisania do statutu szkoły informacji o stosownym ubiorze przychodzącego do niej ucznia.

Mundurki szkolne to znak przynależności do społeczności uczniowskiej danej szkoły. To szansa identyfikacji i wiążącej się z nią ochrony. To eliminacja dyskwalifikacji biedniejszych z powodu braku markowych strojów i wywyższania się bogatych epatujących faktem posiadania. Nie to bowiem stanowi o wartości człowieka, jakie dobra materialne on posiada, ale to, kim jest, co uznaje za ważne, jak się rozwija, a przede wszystkim, czy kocha i pragnie dobra drugiego. Przychodząc do szkoły, będąc uczniem, należy wyglądać jak uczeń. Strój nie powinien być niechlujny ani ekstrawagancki. Nie powinien prowokować ani budzić uczucia niesmaku u innych. Powinien być dostosowany do okoliczności. Przypominajmy nieustannie, że inaczej przychodzimy ubrani na egzamin, inaczej na dyskotekę, inaczej na plażę, inaczej do kościoła. Do rzymskich bazylik nie wejdzie się, mając odsłonięte ramiona czy kolana. Z basenów i plaż w Wirginii mogą zostać wyproszeni mężczyźni niemający spodenek z nogawkami (tzw. bokserek lub szortów), tylko slipki, zwane u nas kąpielówkami. Warto o tym porozmawiać w polskich domach. Warto poprowadzić zajęcia na temat stroju podczas godziny wychowawczej. Na takie lekcje można przynieść różnorodne ubrania lub przebierać manekiny z papieru w rozmaite bluzy, garnitury, suknie, zgadując, na jakie okazje są one przydatne. Trzeba poznać określone zasady ubierania się i po prostu wyćwiczyć ich zastosowanie. Warto zwrócić uwagę na przyjęte zwyczaje, których przestrzeganie świadczy o zachowaniu dobrych manier, jest przejawem kultury i ułatwia życie wśród innych ludzi.

 [1] 

Powrót

Słyszę czasem, że osoby zajmujące się wróżeniem z kart, astrologią, wywoływaniem duchów, wyrobem i sprzedażą przedmiotów magicznych, nie są dopuszczone do sakramentów, dopóki tych grzechów nie porzucą. Ja się tym nie zajmuję, ale nieraz już słyszałam od ludzi uczciwych i wykształconych, że jednak coś prawdziwego w tym jest, a nikt mi jeszcze nie próbował wytłumaczyć, dlaczego to jest grzechem.

Wróżbiarstwo i magia były wśród narodów starożytnych zjawiskiem powszechnym i sankcjonowanym przez religie starożytnych Egipcjan, Babilończyków, Greków, Rzymian i praktycznie wszystkich starożytnych narodów. Tym bardziej warto się zastanowić nad tym, dlaczego w Starym Testamencie tak stanowczo zakazano jakichkolwiek tego rodzaju praktyk.
"Gdy wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój -- czytamy w Księdze Powtórzonego Prawa -- nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój" (Pwt 18,9-14; por. Kpł 19,31; 20,6.27).
Dlaczego jednak -- zapytajmy -- Bóg brzydzi się takimi praktykami? Dlaczego ci, którzy je uprawiają, dopuszczają się wobec Niego niewierności? Czyżby stanowiły one jakąś formę bałwochwalstwa, jakąś formę kontaktu z siłami zbuntowanymi przeciw Bogu?
Owszem, w tej właśnie perspektywie -- jako jeden z przejawów bałwochwalstwa -- w Starym Testamencie postrzega się wróżby oraz różne praktyki magiczne. Toteż Biblia nie neguje jakiejś realnej skuteczności tego rodzaju praktyk. Podkreśla tylko -- po pierwsze -- że ich moc działa jedynie w takim stopniu, w jakim Bóg to dopuści; nie ma bowiem takich ciemnych sił, które mogłyby w najmniejszym stopniu zagrozić Bożemu panowaniu nad światem lub je przyćmić. Przypomnijmy sobie choćby historię czarownika Balaama, który okazał się niezdolny do zaszkodzenia ludowi Bożemu, mimo że właśnie w tym celu został sprowadzony przez swojego króla; co więcej, Bóg swoją mocą przymusił go do wygłoszenia nad tym ludem błogosławieństwa (Lb 22-23).
Po wtóre, moc towarzyszącą magii i wróżbom Biblia zawsze przedstawia jako związaną ze śmiercią: albo rodzi ona czyny śmierci, albo ostatecznie do śmierci moc ta prowadzi. Znamienne, że opisując niegodziwości króla Manassesa, autor biblijny wymienia jego praktyki okultystyczne bezpośrednio po zapisie, że zabił on własnego syna w ofierze Molochowi: "Przeprowadził syna swego przez ogień, uprawiał wróżbiarstwo i czary, ustanowił zaklinaczy i wieszczków. Mnóstwo zła uczynił w oczach Pana, tak iż Go pobudził do gniewu" (2 Krl 21,6). Może zauważyła Pani, że dzieciobójstwo jako akt kultu bałwochwalczego zostało wymienione wśród różnych praktyk okultystycznych również w przytoczonym przed chwilą tekście z Pwt 18,9-14.
Natomiast bezsilność wróżbitów, czarowników i astrologów wobec śmierci oraz niszczącej mocy grzechu z wielką wyrazistością opisuje Księga Izajasza, w proroctwie przeciw Babilonowi: "Sieroctwo i wdowieństwo w pełni spadną na ciebie, pomimo wielu twoich czarów i mnóstwa twoich zaklęć. (...) Niechaj się stawią, by cię ocalić, owi opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy, przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się z tobą wydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni" (47,9.13n).
Dlaczego uciekanie się do wróżb, wywoływanie duchów i praktyki magiczne charakteryzują się taką grawitacją ku śmierci i zniszczeniu? Moim zdaniem dlatego, że ludzie, sięgający po te praktyki, nie wiedzą o tym, że ostatecznym wymiarem rzeczywistości jest miłość, mają natomiast przeczucie, że nie do nich należą ostateczne decyzje co do ich losu. W tej sytuacji zrozumiały jest potworny strach, jaki ich ogarnia. Strach ten próbują oni zmniejszyć poprzez próby podglądania przyszłości oraz zaklinanie rzeczywistości, żeby im była bardziej przychylna.
Nie wierząc w miłość, ludzie ci traktują wolność jako coś w ostatecznym wymiarze pozornego. Wróżby oraz inne praktyki okultystyczne -- z jednej strony -- dają im poczucie aktywności w oczekiwaniu na to, co w ich mniemaniu nieuchronne. Z drugiej zaś strony, za pomocą zaklęć i czarów człowiek myślący fatalistycznie usiłuje oswoić rzeczywistość, która jawi mu się jako wroga; wydaje mu się nawet, że za pomocą zabiegu magicznego może przymusić ją do oddawania mu jakichś nadnaturalnych usług.
Tutaj naprawdę stajemy wobec "albo-albo". Albo jest Bóg, który jest miłością, kocha nas, oczekuje naszego zawierzenia oraz wzywa nas do wolności i brania odpowiedzialności za siebie i nie tylko za siebie. Albo znajdujemy się w polu działania sił ślepych lub nawet nam nieprzyjaznych, i jedyne, co tu od nas trochę zależy, to ustawianie się -- m.in. z pomocą wróżb i magii -- w takim miejscu tego pola, które wydaje się dla nas najbardziej korzystne.
Zresztą niech Pani sama powie: Czy da się w ogóle wyobrazić, żeby człowiek, który próbuje wyczytać swoją przyszłość w kartach lub w gwiazdach, umiał zarazem z ufnością i miłością powierzać swój los kochającemu nas Bogu? Czy ktoś, fascynujący się czarami i magią, będzie pracował nad pogłębianiem swojej wolności? Nawet kiedy takiemu człowiekowi narodzi się dziecko, to więcej uwagi poświęci on badaniu gwiazd, pod którymi się ono urodziło, niż zastanawianiu się nad tym, jak ważne jest budowanie prawdziwej więzi z własnym dzieckiem i jak nieobliczalne szkody mogą wyniknąć z błędów w tym zakresie.
Toteż Księgi apostolskie w całości podzielają negatywny stosunek Starego Testamentu do wróżb i magii. List do Galatów (5,20) wymienia czary wśród grzechów, które "rodzą się z ciała" i wykluczają człowieka z Królestwa Bożego. W Apokalipsie (9,21) czary są piętnowane obok zabójstw, nierządu i kradzieży, zaś czarowników wymienia się obok rozpustników, zabójców i bałwochwalców (Ap 22,15; por. 21,8). Radzę Pani ponadto wczytać się w następujące fragmenty Dziejów Apostolskich: 8,9-13; 13,5-12; 16,16-20.
Z Nowego Testamentu jednoznacznie wynika, że uwierzenie w Chrystusa powinno pociągać za sobą radykalne zerwanie z wszelką magią i wróżbami. Opis nawróceń, które dokonały się za sprawą Apostoła Pawła w Efezie, zawiera m.in. następującą informację: "Wielu też z tych, co uprawiali magię, poznosiło księgi i paliło je wobec wszystkich" (Dz 19,19).
Powyższa teza jest prawdziwa, niestety, również w kierunku odwrotnym: Współczesna popularność różnych praktyk okultystycznych świadczy o odchodzeniu od wiary chrześcijańskiej. Najwybitniejszy współczesny religioznawca, Mircea Eliade, twierdzi nawet, że "uczestnictwo w okultyzmie stanowi jeden z najskuteczniejszych (...) środków krytykowania i odrzucania religijnych i kulturalnych wartości Zachodu" (Okultyzm -- czary -- mody kulturalne, Kraków 1992, s. 63).

 [1] 

Powrót

W wielu kościołach Krakowa od czasu do czasu można znaleźć rozłożone na ławkach kartki z przepisanym ręcznie lub powielonym na ksero następującym tekstem:

„Nowenna do św. Judy Tadeusza w zupełnie beznadziejnych przypadkach
Ta nowenna musi być odmawiana jako modlitwa 6 razy dziennie konsekwentnie w ciągu 9 dni. Dziewięć egzemplarzy tej nowenny musi każdego dnia zostać wyłożonych w jakimś kościele. Sprawa, w intencji której jest odprawiana nowenna, zostanie wysłuchana najpóźniej w dziewiątym dniu nowenny, jeżeli nie wcześniej i jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby nie została wysłuchana.
Aby Najświętsze Serce Jezusa było czczone modlitwą i miłością w każdym tabernakulum aż do końca czasów. Amen.
Aby Najświętsze Serce Jezusa było otoczone chwałą i wspaniałością teraz i zawsze. Amen.
Święty Judo Tadeuszu, proś za nami i wysłuchaj nasze prośby.
Niech będzie błogosławione Najświętsze Serce Jezusa.
Niech będzie błogosławione Niepokalane Serce Maryi.
Niech będzie błogosławiony Święty Juda Tadeusz na całym świecie i w wieczności.
Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...”

Kolejny raz ktoś dał się przekonać zapewnieniom, że drobiazgowe spełnienie pewnych warunków pozwoli mu na pewno i w ściśle określonym czasie osiągnąć to, czego pragnie. Ktoś znalazł zapewnienie o skuteczności, jakiej nikt mu wcześniej nie gwarantował. Ów człowiek, zapewne katolik, nie zdaje sobie sprawy, że tekst, który skrupulatnie przepisał, ma charakter magiczny. Pozostawione w kościele dziewięć egzemplarzy nowenny znika dość szybko, niekiedy za sprawą pana kościelnego lub czujnego duszpasterza. Gdy jednak któraś z kolejnych dziewięciu karteczek dostanie się w ręce kogoś podatnego na takie zapewnienia, znajdzie w nim kolejnego „wyznawcę”. To on z kolei będzie przepisywał tekst dziewięć razy przez dziewięć dni i podrzucał do kościoła. Łańcuszek, bynajmniej nie ludzi dobrej woli, ale zabobonu i magicznego myślenia, będzie się dalej rozwijał, zaś problem pomieszania religii i magii po raz kolejny okaże się aktualny.
Zdarzyło mi się kilkakrotnie rozmawiać z ludźmi, którzy wiarę „uzupełnili” o elementy magii, przesądu, zabobonu i jakichś przekonań rzekomo naukowych. Były to trudne spotkania, bo taka „mieszanka religijno-magiczna” jest niezwykle odporna na prawdy typu: „Bóg jest Panem dziejów”, „Bóg wie najlepiej, co jest dla nas dobre”, „To wiara zbawia, a nie jakieś praktyki”. Zabobon i magia traktowane jako niezawodny sposób zbawienia i zaradzenia doraźnym potrzebom są czasem nie do pokonania, a na pewno stanowią trudny obszar ewangelizacji.
Ta książka miała na celu przybliżyć spotkanie myślenia magicznego i ewangelicznego. Dokładniej mówiąc, szukaliśmy odpowiedzi na pytanie o sposób głoszenia Dobrej Nowiny w środowisku, w którym ważną rolę odgrywa magia w różnych jej formach i przejawach. Nasze opracowanie miało charakter biblijny, bo też teksty natchnione, a zwłaszcza Dzieje Apostolskie, traktowaliśmy jako autorytatywne i pierwszorzędne źródło, na podstawie którego formułowaliśmy wnioski. Historyczno-krytyczne odczytanie bardzo zróżnicowanych tekstów biblijnych wymagało odwołania się do zaplecza kulturowo-religijnego, w którym formowała się wiara ludu Bożego i Pismo Święte.
Przywoływane przez nas w początkowych partiach książki (rozdziały I – II) teksty magiczne ze starożytności, w ich kontekście kulturowo-religijnym, ukazały wyjątkowość ludu Bożego, który coraz wyraźniej stawiał na pierwszym miejscu wiarę w jedynego Boga. Jeżeli w dziejach tego ludu pojawiały się rytuały i zachowania magiczne, to znajdowały się na peryferiach wiary, w której Bóg jest Panem dziejów. W wierzących wzmacniało się bowiem przekonanie, iż dzieje toczą się według najlepszych zamiarów Wszechmocnego, który – choć zna potrzeby wszystkich – pragnie, by były one wypowiadane w modlitwie pełnej ufności i uległości. Taka modlitwa, a nie rytuał, w którym bóstwo jest przymuszane do działania zgodnego z wolą człowieka, to postawa religijna, jaką kształtują teksty biblijne.
Niekiedy rytuały proweniencji magicznej były oczyszczane i służyły celom kultycznym, religijnym i społecznym, jako już podporządkowane zasadom wiary. Innym razem ryty, które mogą być traktowane jako magiczne, były dopuszczane do całokształtu życia religijnego, o ile nie sprzeciwiały się zasadom wiary lub nie powodowały skutków negatywnych. W poszczególnych rozdziałach książki wskazywaliśmy uzasadnienie dla praktyk bezwzględnie zakazanych (np. nekromancja) oraz takich, które poprzez uwarunkowania, okoliczności, pochodzenie czy skutki są nie do przyjęcia. Uzasadnieniem dla krytycznej oceny mogła być apostazja wywołana poprzez praktyki, które faktycznie stanowiły przedłużenie religijności sprzecznej z tradycją judeochrześcijańską. Innym razem konkretne postawy i praktyki były odrzucane ze względu na błędy w wewnętrznej postawie człowieka, takie jak zakładany determinizm w astrologii, zabobonne traktowanie marzeń sennych czy magiczne i mechanicystyczne oczekiwanie na skutki jakichś formuł czy obrzędów. Wskazywaliśmy także warunki, w których jakaś forma podobna do magicznej była dopuszczalna w życiu ludu Bożego, by wymienić tylko zapytywanie Boga przez święte losy, odwoływanie się do snów, szukanie ochrony przed złem w praktykach podobnych do magii obronnej, itd.
W końcowych rozdziałach zwróciliśmy uwagę na ponadczasowe wskazania zawarte w czterech fragmentach Dziejów Apostolskich (Dz 8,9-24; 13,4-12; 16,16-21; 19,11-20), zawsze jednak w kontekście przesłania biblijnego. Wskazania te dotyczą oceny sytuacji adresata ewangelizacji, który w różny sposób jest związany ze światem magii, niekiedy zaś z formami bliskimi religii. Druga grupa wskazań odnosi się do postawy właściwej dla głosiciela zbawienia w Jezusie Chrystusie, trzecia zaś – szczegółowych uwarunkowań takiej ewangelizacji i troski duszpasterskiej.
Analizowane fragmenty Dziejów Apostolskich ukazują określoną sytuację historyczną, która jest bardzo podobna do współczesnego pomieszania myślenia magicznego i religijnego. Dlatego ważna jest teza Łukasza, który w księdze traktującej o rozpowszechnianiu się Ewangelii, ukazuje przedstawicieli świata magicznego na przegranych pozycjach. We wszystkich przywołanych przykładach to głosiciele Dobrej Nowiny wkraczają z orędziem zbawienia do środowiska, w którym dotąd dominował, wzbudzał podziw lub odgrywał ważną rolę jakiś mag, wróżący, egzorcysta czy fałszywy prorok. Głoszona Ewangelia wywołuje w tym środowisku sprzeciw albo „konkurencyjne”, czy podobne przeciwdziałanie. W ostatecznym rozrachunku ewangelizacja jest nastawiona na wyzwolenie każdego, nawet najbardziej zagorzałego maga, przede wszystkim po to, by był zdolny przyjąć orędzie zbawienia. Ewangelizacja sama w sobie – jak ją przedstawia Łukasz – stanowi rodzaj prowokacji, której celem jest wyzwolenie każdego człowieka. To wyzwolenie może się wyrażać poprzez wiarę i nawrócenie (Szymon), usunięcie przeszkód na drodze do wiary (Sergiusz Paweł) czy pozbycie się przywiązania do magii (mieszkańcy Efezu).
Wskazania ponadczasowe dla ewangelizatorów zawarte są przede wszystkim w modelowym postępowaniu Filipa, Piotra, Pawła i Sylasa. Konfrontacja i szukanie przeciwnika w świecie magii nie jest na pewno celem ich działania. Pierwszorzędnym zadaniem pozostaje na zawsze głoszenie zbawienia w Jezusie Chrystusie.
Adresatem tej nauki jest każdy człowiek, z jego osobistymi uwarunkowaniami, do którego ewangelizator jest posłany. Jeżeli jednym z tych uwarunkowań jest i element magii, to głoszenie zbawienia przez wiarę musi doprowadzić do swoistego przesilenia, w którym człowiek sam wybiera pomiędzy magią a Ewangelią, pragnieniem dostępu do mocy i wiedzy tajemnej a uległością w wierze wobec Boga i Jego słowa.
Tekst Dziejów Apostolskich wskazuje, że to sam Bóg, niekiedy poprzez spektakularne znaki, doprowadza do wiary. Postawa właściwa dla głosiciela to otwartość na Boże prowadzenie i środki udostępniane mu ze względu na zwycięstwo Ewangelii. Nie ma jednak takiego środowiska i człowieka, którego można by wykluczyć czy pominąć w proklamowaniu zbawienia. Wskazuje na to choćby Efez – jedno z centrów magii antycznej ukazane jako zdobycz Pawła. Nawet gdy ujęcie Dziejów Apostolskich jest optymistycznie jednostronne, to ostatnie wskazanie pozostaje zawsze aktualne. Epizod w Filippi wskazuje na problem rozeznawania okoliczności, które towarzyszą głoszeniu Ewangelii.
Werbalnie poprawne wyznanie, jak choćby: „Ci ludzi głoszą wam drogę zbawienia”, wymaga weryfikacji co do jego źródła, intencji i owoców. Pawłowe rozeznanie ówczesnych okoliczności doprowadziło do odcięcia się od tego spektakularnego, ale zwodniczego „zewnętrznego świadectwa”[1].
Dzieje Apostolskie zawierają także zalecenia co do duszpasterskiej troski o ewangelizowanych, gdy ich mentalność jest jeszcze magiczna. Ponadczasowa to sugestia, by liczyć się z tym, że dawny mag lub jego klient mogą podchodzić do wiary i chrztu na sposób magiczny. Okazuje się, że życie weryfikuje najlepiej decyzję przyjęcia wiary i jej motywację. Trzeba też zawsze pamiętać, że dawne przyzwyczajenia magiczne mogą dać o sobie znać, choćby w obliczu kolejnego egzaminu wiary czy sprawdzianu motywacji działania. Jednak nawet człowiek pokroju Szymona Maga może przeżyć swoje drugie nawrócenie i oczyszczenie. Przegrana przeciwnika lub konkurenta Ewangelii oznacza pomnożenie liczby tych, którzy przechodzą od magii do wiary (Samarytanie, Sergiusz Paweł, Efezjanie).
Zagadnienie magii nie jest ani pierwszorzędnym, ani dominującym w Dziejach Apostolskich, ale należy do elementów składowych tematu ewangelizacji. Problem magii pojawia się dopiero w relacjach dotyczących ewangelizacji poza pierwszym kręgiem, Jerozolimy i Judei. Świadczy to o tym, że środowiskiem „podwyższonego ryzyka”, gdy chodzi o zagrożenie ze strony magii, jest świat religijności pogańskiej (Pafos, Filippi, Efez) oraz synkretyzmu religijnego (Samaria). W nim to Żydzi i poganie, adresaci ewangelizacji, spotykają przedstawicieli magii, mantyki, egzorcyzmu i pseudoproroctwa.
Autor Dziejów Apostolskich nie wyczerpuje problemu magii, zwłaszcza że podejmuje go ze względu na specyficzny temat, jakim jest rozszerzanie się Ewangelii w świecie, w którym oczekiwanie na jakiegoś zbawiciela miesza się z doraźnym rozwiązywaniem problemów egzystencjalnych na drodze magicznej. Czytelnika dzieła Łukasza musi uderzyć fakt, iż nie potępia on magii jako takiej. Negatywna ocena dotyczy konkretnych postaw o „rodowodzie” lub „charakterze” magicznym, których zło ujawniło się we wrogim odniesieniu do głoszonej Ewangelii lub nieszczerym zaangażowaniu w sferze wiary. Z takiej perspektywy trzeba widzieć karę Szymona Maga, Elimasa czy siedmiu synów Skewasa.
Łukasz w sposób plastyczny ukazuje znaki i niezwykłe działania magów, które mogą być bardzo podobne do tych przyobiecanych przez głosicieli Ewangelii (por. Mk 16,15-18). Tym samym pojawia się postulat wartościowania wszelkiego znaku i niezwykłego działania. Autor Dziejów Apostoskich wskazuje na charakterystyczne elementy odróżniające znaki magiczne od tych, które towarzyszą Ewangelii. Po pierwsze, znaki chrześcijańskie są zawsze związane z głoszonym słowem o zbawieniu. Po drugie, ich sprawcą jest Bóg, człowiek zaś co najwyżej pełni rolę narzędzia (chusty i przepaski Pawła). Wreszcie, istotny element odróżniający znaki towarzyszące ewangelizacji od aktów magii, który podkreśla Łukasz, to podejście do korzyści płynących z niezwykłych skutków działania. Przedstawicielom magii przypisał on czerpanie korzyści materialnych oraz przywiązanie do sławy i znaczenia w społeczeństwie [2].
Wydobyte z tekstu Dziejów Apostolskich kryteria, weryfikujące kandydatów do chrztu, zapewne dopiero są wypracowywane, gdy powstaje ta księga. Instytucjonalną postać przybiorą w okresie rozwoju katechumenatu w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Wtedy też problemy zaangażowania w praktyki magiczne, egzorcyzmowania katechumenów i ich weryfikowania są traktowane bardzo poważnie. Te zagadnienia, jak i wiele innych, wykraczają, oczywiście, poza ramy naszego opracowania. Przypomnijmy w tym miejscu – tytułem ilustracji –odpowiedź, jaką prostym wiernym udziela dziełko pt. „Quaestiones et responsiones ad Ortodoxos” („Pytania i odpowiedzi dla wierzących”), powstałe prawdopodobnie w V w. w środowisku Kościoła antiocheńskiego, jako dodatek do pism Justyna Apologety (Pseudo-Justyn). Na pytanie o to, jak to jest możliwe, że w świecie stworzonym przez Boga talizmany mogą okazywać się skuteczne, odpowiedź brzmi: magia i talizmany Apoloniusza mogą być pożyteczne, ponieważ służą ludziom dzięki znajomości praw natury. Nie można natomiast oddawać czci boskiej Apoloniuszowi, a to z powodu zamieszkiwania w nim demona. Tak brzmi jedna z odpowiedzi na dręczące wierzących pytania o to, gdzie przebiega granica między wiarą a niedozwolonym zaangażowaniem w inną sferę.
Zwracamy uwagę na fakt, że podejście do praktyk magicznych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa stanowi zagadnienie obszerne i warte opracowania. Podobnie jak – zasygnalizowany jedynie – problem inkulturacji chrześcijaństwa w społecznościach, których religijność zawiera także elementy magiczno-wróżbiarskie[3]. Inny temat, niezwykle aktualny i interesujący, to apologia chrześcijańska z pierwszych wieków w obliczu niebezpieczeństwa gnozy i synkretyzmu. Zupełnie poza naszym zainteresowaniem pozostał problem akceptowania magii w środowisku judaizmu rabinistycznego, zjawiska tym bardziej ciekawego, że obwarowanego surowymi zakazami Tory. Niektóre zagadnienia dotyczące magii mogą być jeszcze podjęte i pogłębione także w obrębie biblistyki, jak choćby dokładniejsze określenie relacji między praktykami magicznymi i proroctwem w dziejach Izraela.
Współczesny człowiek przeżywa dylematy, zwłaszcza jeżeli nie traktuje swego chrześcijaństwa w kategoriach wiary i powierzenia swojego życia Bogu. Wówczas łatwo o zaspokojenie potrzeby religijności przez formy zastępcze, które obiecują nieograniczone panowanie nad światem, także duchów i bóstw. Jeżeli braknie jasnego orędzia Ewangelii, to człowiek ochrzczony, wychowany w rodzinie chrześcijańskiej i katechizowany nawet przez kilkanaście lat, zaangażuje się i przyjmie jako swoje różne formy magii, stanie się wyznawcą synkretyzmu religijnego, co w najlepszym razie będzie tylko rodzajem parodiowania natury i wiary.
Zachęt do zaspokojenia ludzkiego pragnienia religijności i przeżycia sacrum nie brakuje. Wystarczy przywołać jedną z publikacji, w której zachęca się odbiorców do praktyki inkubacyjnej. Poddający się takiemu przeżyciu czyni to wszakże pod dwoma warunkami: w towarzystwie doświadczonego psychoterapeuty oraz z wiarą „w uzdrawiającą moc starych bogów” [4].

[1] Tego typu świadectwo przyjmuje natomiast literatura apokryficzna, w której na przykład wyrocznie Sybilli mają uwiarygodnić prawdy właściwe dla wiary judaizmu lub chrześcijaństwa.
[2] Por.: H.-J. Klauck, „Magie und Heidentum in der Apostelgeschichte des Luka”, (SBS 167), Stuttgart 1996, s. 136-137.
[3] Zob. Rozdz. V. 5.
[4] Por. Hope M., Tradycja grecka, tł. Kowalski A. P., (Elementy), Poznań 1994, 179-180.

 [1] 

Powrót

Niezwykły sukces czytelniczy książek zawierających wyraźne przesłanie okultyzmu skłania do refleksji nad zjawiskiem powodzenia okultyzmu w środowiskach dotkniętych sekularyzacją.

1. Co to jest okultyzm?

W najnowszym, "Innym słowniku Języka polskiego" okultyzm to "Wiara w istnienie sił tajemnych w człowieku i w przyrodzie, a także wiedza i praktyki związane z tą wiarą, np. alchemia, magia, astrologia"1 . "Encyclopaedia Britannica" precyzuje natomiast : "okultyzm to rozmaite teorie i praktyki związane z wiarą w nadprzyrodzone siły lub byty i ich poznanie lub wykorzystywanie. Te wierzenia i praktyki - przeważnie związane z magią i wróżbiarstwem występowały we wszystkich społeczeństwach na przestrzeni znanej nam historii"2 . W opracowaniach teologicznych można znaleźć wiele różnych definicji okultyzmu, zasadniczo podobnych, mniej lub bardziej rozbudowanych, zawierających dodatkowe aspekty i akcenty. Zdaniem Andreasa Rescha treść pojęcia okultyzm, pochodzącego od łac. occultus - ukryty, tajemny, obejmuje wszelkie zjawiska, doktryny i praktyki, które odnoszą się do ukrytych sił w świecie, w człowieku i poza światem, a które są niedostępne dla normalnego, opartego na poznaniu zmysłowym doświadczenia3 . Według A. Koeberle okultyzm to "pojęcie zbiorcze, obejmujące pełnię tajemniczych sił i stosunków, które działają w sferze duchowej człowieka, w jego naturalnych uzdolnieniach oraz na styku pomiędzy tymi dwoma biegunami.4" Natomiast Hieronimus Ekkehaard formułuje następującą definicję: "Okultyzm to nieostre zbiorcze określenie dla pewnej doktryny, względnie reprezentującego tę doktrynę ruchu czy grupy, która koncentruje się na biernie doświadczanych, lub aktywnie wywoływanych siłach, zjawiskach i przeżyciach natury psychicznej lub fizycznej poza dziedziną praw naturalno - przyrodniczego systemu, jak również złączone z tymi zjawiskami metody badań, teorie, praktyki i ryty"5 Doktryna i praktyka okultyzmu opierają się na założeniu, że poza dostępnym nam na drodze empirii światem są ukryte siły, które pozwalają się rozpoznać nie na drodze poznania racjonalno- analitycznego lecz intuicyjno-analogicznego. Celem jest nie tylko stopniowe poznanie /gnoza/ i osiągnięcie wiedzy tajemnej, lecz również wyjaśnianie / astrologia, alchemia, jasnowidzenie, seanse mediumiczne/ a przede wszystkim przemiana dokonywana przez religijne praktyki/ wróżbiarstwo, uzdrawianie, inicjacja, pośredniczenie przez czynności magiczne i telepatyczne/. Granice między zjawiskami są płynne, dlatego jest trudno rozróżnić między okultyzmem a ezoteryzmem. Natomiast Edward Tiryakian w okultyźmie widzi "technikę", która ukazuje ukryte siły i prowadzi do empirycznych rezultatów, podczas gdy w ezoteryźmie widzi on religijno-filozoficzny system wiary, który służy tej "technice"6 .

2. Eksplozja okultyzmu i słabość wiary.

Współcześnie mamy do czynienia z ogromnym rozpowszechnianiem się praktyk okultystycznych. Ponieważ trudno o aktualne dane pozostaje odwołać się do dostępnej literatury. Hieronimus Ekkehard podaje, że liczba praktykujących spirytyzm wynosi ok. 100 mln. W 1975 roku w Wielkiej Brytanii było około 3000 praktykujących czarowników i czarownic, we Francji w tym samym czasie było 34 tys. zawodowych wróżbitów, istniało tam około 2000 związków okultystycznych. W międzyczasie te liczby wzrosły. Zainteresowanie okultyzmem przejawiło się także w dużej ilości publikacji na tematy okultystyczne. W 1982 roku w obszarze języka niemieckiego pojawiło się ponad 1000 nowych publikacji propagujących okultyzm. W beletrystyce sukcesy odnosi nowy gatunek literacki: "fantasy" , który nawiązując do motywów sag i baśni podejmuje tematy okultystyczne 7. Współcześnie nie tylko wielkie księgarnie Paryża, Rzymu, czy Wiednia, ale także księgarnie w małych miasteczkach Europy, także księgarnie w Polsce, posiadają obszerne działy literatury okultystycznej. Okultyzm wkroczył potężną falą do sal kinowych, setek kanałów telewizyjnych, programów radiowych, internetu i niezliczonych wydawnictw prasowych. Horoskopy, astrologia, świat wampirów, demonów, upiorów to zwykła codzienność nie tylko w programach dla młodzieży i dorosłych ale także w programach dla dzieci. W wielu krajach przeprowadzane są badania nad zasięgiem wpływu okultystycznej fali na młodzież i dzieci. Wiele z nich sygnalizuje niepokojące zjawisko fascynacji okultyzmem, jednak alarmistyczne dane podawane przez publicystów są krytycznie oceniane przez badaczy8 .

Jednocześnie wraz z rozszerzaniem się zjawiska okultyzmu zaznacza się spadek wiary. W 1957 roku 81% Amerykanów było przekonanych, że religia może odpowiedzieć na problemy świata, w 1989 to przekonanie podzielało jedynie 61%9 . W 1978 roku 52% deklarowało przekonanie, że religia dla nich jest bardzo ważna, w 1994 roku to przekonanie podzielało 58 % Amerykanów. Jednak dla wielu z nich nie ma znaczenia uczestniczenie w praktykach religijnych swojego Kościoła. Poziom praktyk religijnych spada: jedynie 32% uczęszcza do kościoła lub synagogi raz w tygodniu, natomiast 14% prawie co tydzień / Ogółem uczęszcza 46%/. Wg Gallupa jedynie 10% może być uznanych jako zaangażowanych religijnie w swoich parafiach.

W Europie sytuacja jest jeszcze gorsza. Według badań World Values Survey przeprowadzanych w latach 1990-1993 ustalono, że w Niemczech Zachodnich jedynie 18% ludności uczestniczy w liturgii, w Wielkiej Brytanii 14%, we Francji 10%, w Szwecji zaledwie 4%. Refleksja dokonana przez socjologów amerykańskich nad przemianami duchowymi pokolenia urodzonego w przedziale czasowym między 1945 a 1954 rokiem wykazuje, że 2/3 należących do tej populacji wystąpiło ze swoich Kościołów w okresie swojej młodości na 2 lub więcej lat. Z tych którzy odeszli, 25% powtórnie odkryło ważność chrześcijaństwa od momentu, kiedy założyli własną rodzinę/ Wg badań Wade Clarcka Roofa, socjologa religii z Uniwersytetu Santa Barbara w Kalifornii/. W rezultacie, zgodnie z badaniami Davida Roosena, religioznawcy z Hartford Seminary w Connecticat, ich udział w praktykach kościelnych / we wszystkich grupach wieku/ wzrósł z 33% w 1975 roku do 41% w 1990. Jednak dwa razy więcej / 42%/ pozostało poza Kościołem. Jak stwierdza American Bible Society 90% ludzi posiada Pismo święte, jednak tylko 27% regularnie je czyta. Sytuacja duchowego głodu sprawia, że ludzie są podatni na przyjęcie czegokolwiek, a znajdując się poza chrześcijańskimi Kościołami są zagrożeni ideologią szerzącego się okultyzmu, zwłaszcza występującego w postaci ruchu New Age. New Age to prawdziwa puszka Pandory zawierająca okultystyczne teorie i praktyki, w których duchowość Wschodu łączy się z antyreligijnymi teoriami zachodniej psychologii. New Age można też rozpatrywać jako potężny ruch posiadający swoje programy telewizyjne, radiowe, internetowe, posiadający sieć księgarń, restauracji, a nawet kościołów. Często struktury i organizacje New Age kryją się pod maską grup terapeutycznych. Świetnie prosperują media oferujące channeling czyli kontakt z "duchami przewodnikami". Odbywane przeważnie w weekendy seminaria kosztują od 150 do 1500 $. Prywatne konsultacje kosztują około 250$ za godzinę. W rezultacie zwiedzeni przez duchowych "pośredników" tracą tysiące dolarów. Niezwykły profit przynoszą książki i czasopisma okultystyczne z kręgu New Age. W 1987 roku w USA było 2500 księgarni okultystycznych, w ciągu 5 lat ich liczba uległa podwojeniu. Według Andrew Greeley`a, socjologa religii z National Opinion Research Center w 1986 roku 1/3 populacji wierzyła w możliwość jasnowidzenia, w tym samym czasie według National Opinion Research Center na Uniwersytecie w Chicago 42 % respondentów deklarowało, że kontaktowali się ze zmarłymi. W 1983 roku badania Instytutu Gallupa wykazały, że 1 Amerykanów wierzy w reinkarnację. W 1990 roku badania Gallupa potwierdziły, że 46% Amerykanów wierzy w moc energii psychicznej, 36% w telepatię a 24% w astrologię. Mimo deklarowanego racjonalizmu, okultyzmowi ulega także młodzież. W 1989 roku Ośrodek Badań nad Religią Uniwersytetu w Princeton wykazał, że 58% młodzieży wierzy w astrologię, 50% w spostrzeganie pozazmysłowe, 29% w czarostwo, a 22% w istnienie upiorów10. Dane te wskazują, że propaganda okultyzmu przez New Age odnosi sukcesy, oraz że alternatywne w stosunku do chrześcijaństwa duchowości stają się atrakcyjne. Wiele pojawiających się nowych kultów szerzy synkretyzm i odrzuca Chrystusa jako Zbawiciela. Należy też wspomnieć o zjawisku infiltracji Kościołów chrześcijańskich przez struktury okultystyczne. W parafiach chrześcijańskich pojawiają się seminaria Jogi, Medytacji Trascendentalnej, Kontroli Umysłu Silvy. Wiek, w którym obecnie znajduje się to pokolenie w szczególny sposób skłania do poszukiwań duchowych. Zdaniem Georga Gallupa jest oczywiste, że obserwujemy przejawy duchowego głodu. Natomiast psycholog Rollo May skomentował istniejącą sytuację: "Ugrząznięcie w okultyzm jest kompensowaniem niepokoju".


3. Przyczyny okultyzmu.

Dla wielu badaczy przy eksplikacji przyczyn okultyzmu punktem odniesienia staje się sytuacja duchowa lat 60-tych. "Nowy wspaniały świat", w którym liczyły się jedynie wartości materialne obnażył swoją duchową pustkę. Zamiast świetlanej przyszłości ujrzano trzy przerażające widma: nuklearnej zagłady, przeludnienia i katastrofy ekologicznej. Zachwianiu uległa także dotychczasowa wiara w postęp i racjonalizm, gdyż to właśnie uczeni stworzyli broń masowej zagłady. Odrzucenie moralności chrześcijańskiej przez wiele środowisk było złączone z buntem przeciw dotychczasowym autorytetom. Zjawisko to było w dużej mierze reżyserowane i narzucone przez opiniotwórcze elity uniwersyteckie a rozpowszechniane przez środki kultury masowej. Badacze podkreślają, że tego rodzaju "okultystyczne odrodzenia" zdarzały się już w historii w burzliwych okresach przejściowych; w przedzień rewolucji francuskiej, przed I wojną światową i przed rewolucją w Rosji11 . Bardzo dużą rolę odegrała we wspomaganiu tej okultystycznej fali literatura; południowo amerykańska literatura "realizmu magicznego"/ Carlos Fuentes, Gabriel Garcia Marquez, Jorge Luis Borges/, wątki hermetyczne u Lawrence`a Durrella, Thomasa Pynchona, Michela Tourniera. W rezultacie nastąpiły przemiany w rezultacie których: " postacią najtrafniej ucieleśniającą zachodnią kulturę nie jest pokorny jak owieczka Zbawca przybity do krzyża. Wręcz przeciwnie, jest to ktoś zupełnie inny - mag, czarownik, który w renesansowym folklorze własną krwią podpisał pakt z Diabłem. Postacią definiującą naszą cywilizację nie jest Jezus, lecz Faust" 12 . Powyższy pogląd charakteryzuje samoświadomość środowisk okultystycznych, dla których chrześcijaństwo należy już tylko do przeszłości. Bardzo istotną rolę w przekazywaniu idei okultystycznych odegrała muzyka rockowa. Jimi Hendrix np. wierzył, ze muzyka jest magią, jej rytm mógł wprowadzać słuchacza w stan podobny do transu. John Densmore, perkusista wyznał kiedyś, że koncerty jego zespołu przeradzały się w przypominające rytuał widowiska13 . Według Hendrixa, muzyka, którą uprawiał to coś więcej niż muzyka, jest ona jak kościół dla zagubionych. Wielu wykonawców tego rodzaju muzyki dążyło by wprowadzała słuchaczy w odmienne stany świadomości 14.

Interesujące wyjaśnienie genezy okultyzmu przynosi socjologia wiedzy. Z tego punktu widzenia rozwój okultyzmu jest złączony z emancypacją klas średnich i odbija ich kryzysy. Z jednej strony przyjmuje on idee autonomii i rozwoju jednostki przenosząc je od realizacji na polu społecznym do dziedziny wewnętrznej poszukiwania sensu życia i religijnego kosmosu. Z drugiej strony okultyzm przynosi możliwość neutralizacji egzystencjalnych lęków poprzez takie praktyki jak mantyka czy spirytyzm. Zaobserwowano, że okultyzm nasila się zwłaszcza w czasach kryzysu / I i II wojna światowa oraz okres powojenny/. Warto wspomnieć, że w społeczeństwach zachodnich pewne formy okultyzmu stają się szczególnie popularne: przekonanie o reinkarnacji, ufologia, badanie głosów zmarłych, channeling. Eliade w swoim studium o okultyźmie stwierdzał szczególny rozwój okultyzmu w subkulturach młodzieżowych 15. Obok sekularyzmu, chrześcijaństwa kościelnego, nurt "religio occulta" staje się jakby trzecim nurtem przebiegającym obok, ale i wewnątrz oficjalnej religii 16. Zdaniem Hummela / / atrakcyjność okultyzmu wynika z faktu, że łączy on stare tradycje z zasadami nowoczesności. Dlatego można go interpretować jako wykorzystujący nowoczesne metody oddziaływania protest antymodernistyczny i ruch kompensacyjny. Według Eliadego, siłę przyciągania okultyzmu tłumaczy potrzeba przeżycia "osobowej inicjacji" na drodze pogłębionego poznania i doświadczenia własnej osoby, związków z wszechświatem i transcendencji. Sukcesy okultyzmu w środowisku młodzieży wiążą się z brakiem adekwatnej pomocy w rozwiązywaniu egzystencjalnych kryzysów, braków w duszpasterstwie i indywidualnym kierownictwie duchowym. "Żyjemy w czasach kryzysu, jednostka czuje się bezsilna i bezradna. Człowiek szuka sensu, jakiejś ponad wszelkimi zagrożeniami istniejącej Mocy"- wyjaśnia socjolog Ulrich Mueller17. Zainteresowanie okultyzmem wynika często z kryzysu tożsamości młodych ludzi, pojawia się lęk przed samodzielnością, presja "racjonalnego" społeczeństwa, w którym człowiek często przegrywa swoje społeczne i zawodowe szanse prowadzi do poczucia bezsilności, znalezienia się w pułapce. Odwołanie do tajemnych mocy daje wtedy iluzję bezpieczeństwa. Praktyki magiczne przynoszą możliwość manipulacji, przekroczenia własnych ograniczeń, Wróżby, cudowne terapie, pomoc duchów z zaświatów wydają się potężna pomocą. "Magia jest mocą bezbronnych" - wyjaśnia Hubert Kohle, religioznawca z Augsburga18. Współczesny okultyzm jest w szerokim zakresie inspirowany przez media. W Niemczech badacze mówią o powodzi spirytystycznej literatury zalewającej rynek. Czasopisma młodzieżowe takie jak "Maedchen" czy "Bravo"/ ponad milionowy nakład/ zamieszczają poradniki w rodzaju: Jak przyjmować przesłanie z zaświatów, wahadełko powie ci prawdę, Błyskawiczny kurs wykładania kart- spojrzenie w przyszłość- itp. Źródłem okultystycznej inspiracji są telewizyjne seriale i filmy. Obok takich filmów jak "Omen" czy "Egzorcysta" istnieją setki innych poddających motywy i rytuały okultystyczne. Wśród okoliczności wspomagających rozwój okultyzmu należy wymienić kryzys wiary i przekonanie, że Kościół nie jest w stanie zaspokoić wszelkich potrzeb ludzi. Harald Baer stwierdza: Eksplozja okultyzmu jest zjawiskiem protestu przeciw skostniałemu chrześcijaństwu" 19. Zagadnienia mistyki, życia po śmierci są zaniedbane przez katechetów i kaznodziejów. Fascynacje okultyzmem, to symptom aktualnej niewystarczalności elementu mistycznego w Kościołach, a także pewnej niepewności, dwuznaczności wypływającej z uwarunkowań społecznych i kulturowych środowiska. 20 Kościoły instytucjonalne zaniedbały ten teren i powstała pustka21. Stąd poszukiwanie na własna rękę wartości duchowych, po to, aby utrzymać duchową równowagę.


4. Funkcjonowanie okultyzmu.

Wbrew prognozom o narastaniu sekularyzacji i nadejściu społeczeństwa laickiego, racjonalnego i świeckiego obserwujemy kształtowanie się nowej wrażliwości duchowej i otwarcie się na transcendencję. Jednak brak tutaj odniesienia do konkretnej historycznej formy chrześcijaństwa, które ucieleśnia się w Kościele. Wiara religijna często zostaje zredukowana do pewnego rodzaju psychologicznej kompensacji, religia staje się dobrem konsumpcyjnym pomiędzy wielu innymi dobrami, dającym się całkowicie pogodzić z logiką społeczeństwa rozwiniętego kapitalizmu: jednostka czuje się zmiażdżona przez struktury nowoczesnego społeczeństwa, a w "oswojonych", zafałszowanych formach religijnych już nie znajduje bodźca do nawrócenia i twórczości 22. Jest znamienne, że ta nowa wrażliwość religijna objawia się w dużej mierze jako zainteresowanie przejawami okultyzmu, magią, horoskopami, astrologią, chiromancją itp. Można to zinterpretować jako rozbudzenie zainteresowania dla wartości głębszych i niewyrażalnych oraz jako próbę powrotu do utraconych wartości, a nawet jako powrót do nadziei ponadświatowych po załamaniu się nadziei światowych. De Fiores S.: stwierdza: "Nigdy dość demaskowania ryzyka odejścia od historii, istniejącego w obecnym przypływie magii; jednakże trzeba również rozpoznać w okultyźmie pewną wartość religijną, nie tylko dlatego, że jest on protestem przeciw zbyt racjonalnemu, technologicznemu i biurokratycznemu społeczeństwu Zachodu, ale też dlatego, że działalność wróżbiarska i magiczna łączy się zawsze z ludzką potrzeba odkrycia tego co ukryte w misterium Kosmosu" 23. Popularność okultyzmu wiąże się z tendencją do wycofywania się religijności jako wierzenia, zorganizowanej według systemu koncentrycznego: credo - kapłani - ryty - przyjęcie wobec świata postawy "innego". W tym wypadku podstawą jest istotowy związek z porządkiem etycznym formalnym i zewnętrznym / rzadziej wewnętrznym/, realizowanym w życiu poprzez zachowania rytualistyczne , które wyrażają lub chcą wyrazić przynależność do świętego misterium. Dla człowieka wierzącego najważniejsze jest utożsamienie się z tym misterium poprzez przyjęcie "wyznania", często bez konsekwentnej praktyki życiowej. Natomiast okultyzmowi sprzyja raczej religijność doświadczenia. Tutaj chodzi o koncepcję świata, która opiera się na organicznym subiektywiźmie a postulowaną wartością centralną jest ewolucja osoby, jej aktualizacja w perspektywie antropocentrycznej. Świętym jest to co pozwala jednostce zrealizować jej potencjalne możliwości. Funkcjonowanie okultyzmu wiąże się ponadto z bardziej fundamentalnymi chorobami naszych czasów. Okultyzmowi sprzyja bowiem pustka kulturowa, indyferentyzm, narcystyczny egoizm oraz rozpad wszelkich wartości. Zjawisko "mitologizacji" teraźniejszości polega na wynoszeniu przez współczesną kulturę na piedestał tego co tymczasowe, krótkotrwałe, przelotne. Wielu w tej tymczasowości cierpi na bezsilny smutek i rozpacz. Można zauważyć przejawy nihilizmu i katastrofizmu. Wszystkie te zjawiska, będące przejawem kryzysu kultury, w jakiejś mierze sprzyjają okultyzmowi.


5. Czy okultyzm może zastąpić religię?

Zdaniem niektórych, okultyzm w całkowicie zsekularyzowanym społeczeństwie może spełniać funkcję budzenia zmysłu tajemnicy i tworzenia podbudowy dla otwarcia się na przestrzeń wiary. Jednak o wiele bardziej poważnie trzeba przyjmować twierdzenia opisujące okultyzm jako "niewierność fundamentalną" 24 . W dotychczasowej dyskusji wykształtowały się następujące postawy wobec okultyzmu:

Postawa racjonalistyczno-demitologizacyjna, która określa światopogląd okultystyczny jako niemożliwy do pogodzenia zarówno z nowoczesnym obrazem świata jak i z zasadniczą postawą Biblii wobec magii i mitów.
Demonizacja okultyzmu. W ujęciu zwolenników tego rodzaju interpretacji okultyzmu jawi się on jako wpływ przeciwnych Bogu mocy, prowadzących do zapanowania siły zła / civitas diaboli/.
Stanowisko postulujące precyzyjne odróżnienie zjawisk okultystycznych jako zjawisk wewnątrzświatowych od transcendencji działania Bożego. W tym ujęciu zjawiska okultystyczne mogą być jakimś znakiem kierującym ku tajemnicy świata. Jednak Objawienie Boże kieruje ku zupełnie innemu poziomowi rzeczywistości. 25
Istnieje potrzeba prowadzenia interdyscyplinarnych studiów nad okultyzmem ze strony takich nauk jak religioznawstwo, psychologia, psychologia głębi, socjologia, parapsychologia, teologia. Szczególne zadanie Kościoła / a więc wszystkich chrześcijan/ polega na pełnieniu funkcji profetycznej, krytycznej wobec wszelkich przejawów bałwochwalstwa, również tych, które wiążą się z różnymi postaciami okultyzmu. Natomiast w stosunku do ludzi uwikłanych w okultyzm w szczególny sposób jawi się potrzeba dialogu.




Literatura:
Inny Słownik Języka Polskiego, PWN, Warszawa 2000, s.1158
Encyclopaedia Britannica, T. 8, s. 860 (tłumaczenie własne).
A. Resch, Okkultismus w: Ulrich Ruh, Dawid Seeber, Rudolf Walter, Handwörterbuch religiöser Gegenwartsfragen, Herder 1986, 320-324/.
A. Köberle, Okkultismus, w: Religion in Geschichte und Gegenwart, IV, 1614-1619.
Okkultismus, w: Hrsg. Hubert Cancik, Burkhard Gladigow, Karl - Heinz Kohl, Handbuch religionswissenschaftlicher Grundbegriffe, IV, 263-267/.
Wolfram Janzen, Okkultismus. w: Teologische Realenzyklopaedie, XXV, 216-220/.
Tamże, s. 265.
Harald Wiesedanger, In Teufels Kueche. Jugendokkultismus: Gruende, Folgen, Hilfen, Patmos Verlag, Duesseldorf 1992 .
Wg. Princeton Religion Research Center, cyt. za: Terry Ann Modica, Overcoming The Power of the Occult, Milford 1996/.
Powyższe dane za: Terry Ann Modica, Overcoming...dz. cyt.
Michael Baigent, Richard Leight, Eliksir i kamień, historia magii i alchemii, Amber 2000/.
Tamże, s.15.
Tamże, 26.
Tamże, 268.
Mircea Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne, Kraków 1992.
Wolfram Janzen, Okkultismus w: TRE.
Wiesendanger, dz. cyt., 68-77.
Wiesendanger, tamże.
Harald Baer, Neue Wege zur Transzendenz? Za: Harald Wiesendanger, 76.
Luigi Boriello, Giovanna della Croce, Bruno Secondin, Duchowość chrześcijańska czasów współczesnych, Kraków 1998, 424.
Wiesendanger, 76.
Luigi Boriello...,425.
De Fiores S., Spiritualita contemporanea w NDS, 1517 za: Luigi Boriello, dz. cyt.,455-6.
0. Aleksander Posacki SJ, Okultyzm, magia, demonologia, Kraków 1996.
Wolfram Janzen, dz. cyt..217-19

 [1] 

Powrót

Ostatnio w naszym kraju obserwujemy dziwne zjawisko: Dochodzi do profanacji świątyń, zakłóceń Mszy św. i nabożeństw. Czyjeś "niewidzialne" ręce niszczą lub bezczeszczą figury Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych. Na murach kościołów, domów, w podziemnych przejściach pojawiają się antyreligijne, bluźniercze napisy. Zagrożenie jakie niesie dla społeczeństwa istnienie zorganizowanych i utajnionych grup satanistów uzasadnia konieczność refleksji nad genezą kontekstem i uwarunkowaniami tego fenomenu. Nasuwa się konieczność ukazania aspektów historycznych jak również uwarunkowań psychologiczno-socjologicznych takich zjawisk jak satanizm i kult demonów. Jak twierdzą badacze, obecnie w społeczeństwach pluralistycznych można zauważyć przeciwstawne trendy: spadek liczby osób identyfikujących się z instytucjami religijnymi oraz zwrócenie się ku mitologii pogańskiej. Pierwszy trend jest opisywany jako sekularyzacja treści religijnych, drugi jako selektywne pomieszanie różnych form religii i wierzeń. Niektórzy widzą w zwrocie ku mistyce i ezoteryce w ich specyficznych formach cechę post-pozytywistycznego , postmaterialistycznego i postmodernistycznego sposobu myślenia i nastawienia do życia. Jako przykład może posłużyć New Age- ruch w ktorym łączy się astrologia z szamanistycznymi rytuałami uzdrowień, naukami tajemnymi, kultem czarownic i oddawaniem czci demonom. W naszym kraju satanizm pojawił się okolo 1981 roku i może być traktowany jako symptom społecznego lęku związanego z okresem gwałtownych przemian społecznych, politycznych i gospodarczych. Kontekst zjawiska prowadzi ku jego historycznej genezie. Według opinii Jeana Delumeau "Wyłanianiu się nowoczesności w naszej zachodniej Europie towarzyszył niewiarygodny strach przed diabłem". Poczucie braku bezpieczeństwa wobec pokusy grzechu i wobec śmierci człowiek renesansu wyraził akcentując wizerunek wszechpotężnego szatana. W świadomości europejskich elit intelektualnych XI i XII wieku ukształtował się obraz Wroga, w którym zbiegły się cechy jakiejś kategorii istnień ludzkich powołanych do służby szatanowi. Istnialo wyobrażenie jakiejś sekty, która adoruje szatana na tajnych zgromadzeniach i w jego imieniu wiedzie nieprzejednaną walkę przeciw chrześcijaństwu. Jak twierdzi N.Cohn idea ta w Średniowieczu została skojarzona z określonymi sektami heretyckimi, natomiast kilka wieków później przeobraziła się w tradycyjną wiarę w istnienie świata czarownic. Według F.Braudela wielkie i gwałtowne epidemie "diabelskie" ogarniały starą ludność Europy, zwłaszcza w krainach górzystych, opóźnionych w rozwoju. Czarownicy, czary, pierwotna magia, czarne msze to przejawy dawnej podświadomości kulturowej, którą cywilizacja zachodnia nie zdołała się "podzielić". Według Braudela kultura satanistyczna nie przystaje do norm kultury oficjalnej, tworzą ją irracjonalne treści kulturowe nie podzielane przez nową panującą świadomość. Według A.Mikołejko, przeniesienie idei satanistycznej ze sfery urojeń w sferę faktów nastąpiło w czasach przelomu między Oświeceniem a Romantyzmem. Na fali fascynacji spirytyzmem, messmeryzmem i okultyzmem inspirowanej przez wtajemniczenia masońskie i karbonarskie, rodzą się pierwsze rzeczywiste kulty i sekty satanistyczne. Ofiarnicze praktyki religii pogańskich stają się wzorem dla satanistycznych obrządków. Wspólczesny satanizm wywodzi się z młodzieżowego satanizmu Zachodu związanego z działalnością i publikacjami La Veya. Jego "Szatańska Biblia" została wydana w 1968 roku, a więc w okresie, w którym zostały zainicjowane gwałtowne przeobrażenia kultury Zachodu.
Jak wytłumaczyć występowanie tych zjawisk w coraz bardziej racjonalistycznie ukierunkowanym świecie? Psycholog czy socjolog / pomijając w tym momencie aspekty pozaempiryczne tych zagadnień/ zakłada, iż wszelkie zjawiska religijne wyrażają i reprezentują rzeczywiście przeżywane procesy emocjonalne i że odpowiadają one życiowym potrzebom jednostki. Dynamika emocjonalna zostaje wyrażona w sposób symboliczny. Konsekwentnie zdaniem badaczy/Haider-Grabner /można założyć, iż w tych rytach i doktrynach można rozpoznać, które procesy afektywne są znaczące i dominujące. W nowopowstałych grupach religijnych można zauważyć dominujące poczucie egzystencjalnego lęku, uczucie porzucenia i słabości. Równocześnie jawią się tam przejawy akceptacji życia, witalności i społecznej afirmacji. W aspekcie racjonalnym motywacja przynależności do danej grupy "nowego kultu", opiera się na uświadomieniu sobie granic możliwości rozumu i techniki, rozczarowaniu co do możliwości przeobrażania świata, poznaniu ograniczeń pozytywistycznej i empirycystycznej interpretacji świata, nowej interpretacji materii jako procesu energetycznego. Tego rodzaju interpretacja dostarcza pomostu pomiędzy racjonalnością a interpretacją mityczną, jawi się poczucie komplementarności nauki i religii. Wielu wyprowadza stąd powtórne ożywienie archaicznych mitów, powtórne "zaczarowanie " świata, wbrew oficjalnie przyjętemu paradygmatowi sekularyzacji. Jednak nie wszystkie nowopowstające ruchy ezoteryczne i nawiązujące do dawnych mitów okazują się pozytywne, niektóre okazują się wyraźnie destrukcyjne i społecznie niebezpieczne. Niekiedy elementy destrukcyjne są zamaskowane i nie ukazują swojej specyficznej dynamiki. Na czoło kultów destrukcyjnych wysuwa się kult demonów oraz kult szatana. W aspekcie historyczno-kulturowym złe demony to wrogie moce, "mana" i duchy, przed którymi ludzie chcą się bronić. Czynią to przez ryty obrony: wypędzania, oczyszczania i ofiary. W religiach monoteistycznych dobremu Bogu przeciwstawiają się złe demony i diabeł. Relacja między Bogiem i demonami zostaje pojęta jako sytuacja walki. Demony walczą przeciw jedynemu Bogu, są jednak słabsze niż On. Ludzie włączają się do tej kosmicznej walki między Dobrem i Złem.
Kim są współcześni czciciele demonów i szatana? Zdaniem badaczy są to osoby z marginesu społecznego. W aspekcie psychologicznym są to osoby charakteryzujące się zanikiem związków emocjonalnych, o głęboko zranionej psychice. Ich udział w rytuałach satanistycznych stanowi protest przeciw KoSciołowi i społeczeństwu. Ich rytuały i obrzędy mają charakter sado-masochistyczny. Dręczenie innych osób a także siebie sprawia im przyjemność. W niektórych obrzędach ofiara jest dokonywana jedynie na sposób symboliczny, natomiast w przypadkach krańcowych sataniści domagają się od współwyznawców samobójstwa lub morderstwa innej osoby. Jak sygnalizują to badacze często zdarza się, iż tego rodzaju grupy lub sekty werbują i wykorzystują młodzież. Mamy tutaj do czynienia z bardzo wysokim stopniem zagrożenia i destrukcyjności. Rysy wrogości wobec życia ulegają czasem pewnej symbolizacji, można ich występowanie interpretować jako uzewnętrznienie duchowych krzywd i deprawacji. Rysem dominującym jest jednak silny lęk życiowy i nieznośne poczucie winy. Spełniane przez grupę rytuały nie przynoszą jednak uleczenia duchowych ran lecz raczej umocnienie się w postawach destrukcyjnych. Badacze sygnalizują, iż tego rodzaju grupy tworzą pewien destrukcyjny potencjał w dynamice społecznej, który może zostać wykorzystany przez niebezpieczne ideologie polityczne. Społeczne uwarunkowania satanizmu i kultu demonów są wielopłaszczyznowe. Kult ten przyciąga w zasadzie dwie grupy ludzi. Przede wszystkim są to wyobcowane ze społeczeństwa grupy marginesowe, które biorąc udział w kulcie protestują przeciw swojej sytuacji i grupom dominującym, chcą "przestraszyć" innych nad którymi pragnęliby się zemścić za swoją sytuację życiową. Wiele z tych osób posiada w sposób jawny lub ukryty rysy destrukcyjne. Druga grupa to osoby duchowo i emocjonalnie zranione, zdeprawowane, o nie zaspokojonych głębokich potrzebach psychicznych, posiadające niski poziom poczucia własnej wartości i afirmacji własnego życia. Osoby te są ofiarami niewłaściwego wychowania. Często w latach dziecięcych byli ofiarami gwałtów, są dręczy ich egzystencjalny lęk, który nie zgadza się z ich samoobrazem. Często przeżywają oni bolesne poczucie winy, której nie akceptują i nie potrafią jej zintegrować, lecz przerzucają ją na inne osoby. Projekcja nieakceptowanych treści własnego życia kieruje się częściowo ku mocom demonicznym /szatan/, częściowo ku innym ludziom /wrogowie/. Łączność z szatanem rodzi motywację do walki z wrogami w sposób fanatyczny. Tego rodzaju dynamika emocjonalna jest ze społecznego punktu widzenia bardzo niebezpieczna. Uczestnicy kultów demonicznych to jednostki wrogo nastawione do społeczeństwa, które w doktrynie satanistycznej szukają legitymizacji / uzasadnienia/, po to aby realizować swoje nastawienie podstawowe. Rodzi się pytanie: Jak należy postępować wobec osób czy grup będących członkami grup destrukcyjnych? Jedna z płaszczyzn to płaszczyzna ochrony prawnej wobec tego rodzaju grup. Jest to jednak niewystarczające, gdyż należy dążyć do zmiany podstawowych nastawień członków tych grup, zwłaszcza ze względu na okoliczność, iż są oni ofiarami szkodliwej socjalizacji. Kult szatana, sekty satanistyczne, oddawanie czci demonom są społecznie groźne ze względu na oferowanie możliwości okazywania nastawień destrukcyjnych, utrudnianie osobowych i społecznych procesów wychowawczych przez utwierdzanie się uczestników kultów destrukcyjnych w postawach społecznie szkodliwych. Młodzież, która trafi do tego rodzaju kręgu zostaje głęboko upośledzona w jej rozwoju osobowym.
Co wobec jednostek i grup uwikłanych w ideologię kultu szatana może uczynić duszpasterz, czy Rodzice? Przede wszystkim należy dążyć do zrozumienia postępowania danej jednostki w świetle jej życiowej drogi i sytuacji społecznej. Otwarta rozmowa może stać się podstawą do stworzenia atmosfery zaufania i zrozumienia. Członkowie grup satanistycznych jako osoby emocjonalnie i duchowo zranione potrzebują tej atmosfery, aby móc się pozbyć szkodliwych nastawień wobec życia i innych ludzi. Duszpasterz może przyczynić się do uleczenia chorej osobowości, pomagając danej jednostce przezwyciężyć społeczną izolację i antyspołeczne nastawienie. Istnienie kultów destruktywnych może być potraktowane jako swoisty sygnał i wyzwanie. Przypominają one o brakach naszej wiary, moralności, niedoskonałości naszego życia, skierowują uwagę na konieczność dokonywania rachunku sumienia w każdej wspólnocie wiary. Istniejąca sytuacja, w której pojawiają się kulty satanistyczne pobudza chrześcijan do bardziej skutecznej pracy nad zmniejszeniem się liczby urazów psychicznych i deprawacji emocjonalnych i duchowych, aby wszyscy mogli się cieszyć posiadaniem pozytywnych nastawień życiowych. Natomiast patrząc na ten problem w świetle wiary należy odnieść się do przykładu Jezusa i Kościoła pierwszych wieków: tylko Jezus ma moc, której podlega królestwo szatana i demonów i tylko On może wyzwolić człowieka, który stał się narzędziem świata ciemności.


Przypisy:
1.Anton Grabner-Haider, Gesellschaftliche Grundlagen fur Hexenrituale und Damonenverehrung.Diakonia. Internationale Zeitschrift fur die Praxis der Kirche, 21/1990,330-335.
2.R.Inglehardt,Kultureller Umbruch.Wertewandel in der westlichen Welt, Frankfurt 1989.
3.W.E. Peuckert,Geheimkulte, Hildesheim 1984.
4.L.Schlegel,Die Transaktionale Analyse,Tubingen,1988.
5.G.Schmid, Im Dschungel der neuen Religiositat,Kreuz Verlag,Zurich 1992.
6.A.Mikołejko, Polski satanizm młodzieżowy. Przegląd Religioznawczy 1/163, 1992, 117-130.

 [1] 

Powrót

Wiara w możliwość spotkania z istotami spoza wymiaru fizycznego to jeden z nurtów współczesnej ekspansji okultyzmu. Spragnieni niezwykłości uczą się nawiązywania kontaktu z .duchowymi przewodnikami. przez rozmaite techniki medytacji wschodniej jak medytacja transcendentalna, metoda Silvy, kursy dynamiki umysłu. Wśród osobliwości składających się na okultystyczną falę we współczesnej kulturze można również dostrzec nurt związany z usiłowaniem nawiązania kontaktu ze zmarłymi. Pragnienie komunikacji ze zmarłymi istniało już w najdawniejszych czasach, potwierdzają to etnologowie, religioznawcy, archeologowie. Od XIX wieku jednak mamy do czynienia z rozpowszechnianiem się spirytyzmu, który w niektórych środowiskach stał się zjawiskiem masowym. Na przykład w Brazylii, miliony ludzi uczestniczą w seansach wywoływania duchów, przy czym wielu z nich uznaje tego rodzaju doświadczenia za podstawę swego spojrzenia na życie, śmierć oraz sens istnienia ludzkiego w ogóle. Wymienione powyżej zjawiska i ich obecność we współczesnej kulturze domagają się refleksji nie tylko odpowiedzialnych za konkretną wspólnotę religijną, ale również każdego człowieka, który pyta o sens swego życia, cierpienia i śmierci. Ponieważ spirytyzm i inne postacie okultyzmu z nim spokrewnione stanowią istotny element rozległego archipelagu nowych zjawisk duchowych, które pojawiły się w Polsce w ostatnich latach, dlatego nakazem chwili jest uzyskanie odpowiedniej wiedzy dla uzyskania orientacji w tym religijno- kulturowym galimatiasie. Wielką pomocą w realizacji tego celu może być wydana niedawno przez wydawnictwo .M. w Krakowie publikacja pt. .Kościół a spirytyzm.. Jest to praca zbiorowa, której autorami są o. Piotr Jordan Śliwiński OFM Cap, ks. Andrzej Zwoliński, Henryk Cisowski OFM Cap, oraz Adam Regiewicz, należący do interdyscyplinarnej grupy naukowej, która powstała w 1999 roku przy sekcji filozoficznej Polskiego Towarzystwa Teologicznego w Krakowie.
Czym w swojej istocie jest spirytyzm, jak przejawiał się w historii ludzkości, jak jest oceniany w Piśmie św. . na te pytania odpowiada w rozdziale zatytułowanym . Seans z widokiem na raj. o. Śliwiński OFM Cap, dr filozofii, religioznawca, koordynator grupy .Przestrzeń Słowa.. Autor ukazuje dzieje spirytyzmu w czasach współczesnych od Mesmera i Allana Kardeca aż po tzw. nowe ruchy magiczne i .kościoły postspirytystyczne.. Ukazuje także związane ze spirytyzmem .nowe objawienia. oraz odgrywający wielką rolę w New Age .channeling.. Czytelnika niewątpliwie zainteresuje opis związanych ze spirytyzmem sekt .ufologicznych./ np. raelianie/, wykorzystywanie przez zwolenników spirytyzmu środków technicznych/ radio, magnetofon, i in./. Jednak najbardziej cenne są prezentowane przez Autora oceny teologiczne oraz prezentacja hipotez na temat spirytyzmu z dziedziny psychologii i antropologii.
Autorem innego ważkiego tekstu, który przynosi omawiana książka jest ks. prof. dr Andrzej Zwoliński, wybitny znawca problematyki okultyzmu, autor licznych prac z tej dziedziny. W niezwykle bogatym w informacje artykule pt. .Spirytyzm w Polsce. ks. Profesor ukazuje zawiłe meandry historii spirytyzmu w Polsce. Prezentuje wiele postaci. Jednak dla czytelnika chyba najbardziej interesujące są te partie artykułu, które ukazują aktualne zagrożenia i wyzwania duchowe związane z propagandą spirytyzmu i okultyzmu na łamach ogromnej ilości czasopism przez najrozmaitsze ośrodki antychrześcijańskie. Autor pisze m.in. . Z. Herbert napisał: sztuczne raje, sztuczne piekła sprzedawane są na rogu ulicy. Słowa te stają się powoli rzeczywistością. W Polsce .nowość. oferują nie tylko plakaty i ulotki, ale także liczne stoiska z kadzidłami, książkami, wahadełkami, amuletami itp. Łatwo zauważalne są kolorowe szyldy otwieranych coraz częściej .biur. wróżek, astrologów, .doradców duchowych., spirytystów i bioenergoterapeutów. Zachęcają do kupna rewelacyjnych .piramidek zdrowia. / z atestem Laboratorium Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego/, przeróżnych przyrządów i aparatów radiestezyjnych / np. regeneratorów aury lub kwantowych aktywizatorów jasnowidzenia/; proponują kursy i warsztaty/ relaksacyjne, wizualizacyjne, mediacyjne, doskonalenia umysłu, otwarcia .trzeciego oka. postrzegania aury itd./, " wczasy radiestezyjne", "wczasy z wróżbitą - jasnowidzem", "wczasy antystresowe / połączone z kursami "doskonalenia duchowego"/. Odbiorcy przywykli już do obecności w kioskach i księgarniach literatury okultystycznej, ogłoszeń o horoskopach przez telefon czy magicznych gier komputerowych, szybko rosnących w liczbę przeróżnych Centrów Ezoterycznych, Centrów Doskonalenia Człowieka, Wiedzy i działań Komplementarnych, Medycyny Niekonwencjonalnej, Towarzystw Psychotronicznych i Ezoterycznych...Coraz częściej też organizowane są zjazdy, festiwale, spotkania, i pokazy".
O "Pokusie wyprawy do Endor" pisze o. Henryk Cisowski OFM Cap, doktorant biblistyki na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza w Rzymie. O. Cisowski ukazuje sens i znaczenie niezwykłej historii opisanej w Pierwszej księdze Samuela o spotkaniu króla Saula ze zmarłym prorokiem Samuelem. W świetle głębokich analiz i wyjaśnień O. Cisowskiego staje się jasne jak wielkim zagrożeniem jest grzech nekromancji polegającej na odwróceniu się od Boga a szukaniu pomocy w kontaktowaniu się ze zmarłymi, co uprawiały już narody pogańskie. W świetle wyjaśnień Autora to co zdarzyło się w Endor to nie seans spirytystyczny, ale niczym nie przymuszona interwencja proroka, który po raz ostatni przyszedł napomnieć i zdemaskować grzech Saula. Spirytyzm, podobnie jak ofiary z ludzi i wszelkiego rodzaju praktyki magiczne jest obcy prawdziwej religii i jest obrzydliwością w oczach Bożych. Ten, kto radzi się zmarłych ten się plugawi/ Kapł 19,31/.
Zadziwiającą przygodę spirytyzmu we współczesnym filmie ukazuje dr Adam Regiewicz w rozdziale pt. .Duchy pracują nieustannie.. Świat filmu to prawdziwy .Delomelanikon. / tytuł legendarnej książki opisującej przywoływanie złych mocy/. Buszują w nim najrozmaitsze upiory, błąkają się wampiry, wilkołaki, strzygi, topielce, demony, leśne duchy i gnomy. Niespodziewanie we współczesnych filmach pojawiły się także anioły. Regiewicz systematyzuje mieszkańców zamieszkujących krainę masowej wyobraźni. Ekran staje się zwierciadłem, w którym odbijają się niepokoje współczesnego człowieka. Co się odbija w tym zwierciadle? Czy tylko gra miedzy wiarą a niedowiarstwem, próba poszukiwania i tęsknota za nieśmiertelnością, fascynacja tym co budzi lęk i grozę? Warto się zastanowić nad diagnozą badacza kultury: .Ten charakterystyczny dla postmodernizmu chaos interpretacyjny, wielość odmienności, które mieszczą się w otwartym pluralistycznym worku współczesnej kultury, spowodowały wymieszanie najważniejszych pojęć i odpowiedzi na pytanie o .drugi brzeg., postawiły na jednej szali katolicką wiarę w nieśmiertelność duszy z filipińskimi klątwami mumii za naruszanie spokoju zmarłym. Jesteśmy świadkami zmierzchu idei duszy. W kulturze popularnej nastąpiło ujednolicenie duchowości ze spirytyzmem, a ostatnio z umysłem...Z greckiego tchnienia duszy pozostał zaledwie podmuch wiatru w często tandetnych horrorach o duchach z physis kościotrupów..
Cennym uzupełnieniem książki jest Nota duszpasterska Konferencji Episkopatu Emilii- Romanii .Kościół a życie pozagrobowe.. Wprowadzenie do Noty zatytułowane .Nadzieja Ewangelii. jest dziełem o. Śliwińskiego. Autor wykazuje niewystarczalność refleksji ograniczonej jedynie do perspektywy immanentnej. Pisze m.in.: .Nową odpowiedź na pytanie o los zmarłych, o sens śmierci przyniosło chrześcijaństwo. Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa jako dowód Jego zwycięstwa nad śmiercią i zapowiedź powszechnego zmartwychwstania wniosły blask wiary i stały się podstawą, na której oparła się teologia chrześcijańska w swej refleksji nad śmiercią człowieka i jego życiem po śmierci, i z której czerpała zarówno liturgia jak i cała kultura chrześcijańska w swym odniesieniu do zmarłych. Wspomniana już Nota prezentuje stanowisko Kościoła oraz stanowi próbę całościowego wyjaśnienia niepokojących zjawisk. Popularność idei i praktyk okultystycznych wiąże się, zdaniem Biskupów, z rozpowszechnieniem postaw krytycznych wobec chrześcijaństwa/ eschatologia immanentna/, postawą horyzontalizmu prowadzącą w istocie do radykalnej sekularyzacji, pokrywaniem milczeniem tajemnicy życia pozagrobowego. Wobec tych trudności chrześcijanie powołani są do życia autentyczną ludzką nadzieją, której fundamentem jest prawda o Zmartwychwstaniu Chrystusa. Wiara chrześcijańska nas poucza, że miedzy żywymi i zmarłymi istnieje rzeczywista wspólnota, znajdująca konkretny wyraz w wymianie dóbr duchowych. Jednak szukanie pomocy w modlitwie zmarłych podobnie jak wzywanie świętych to coś zupełnie innego niż wywoływanie duchów. Nota duszpasterska wszechstronnie opisuje sytuację współczesnego człowieka, będącego świadkiem nagłych śmierci, nieraz w młodym wieku, w wyniku wypadków drogowych, narkomanii, samobójstw młodocianych. .Sens śmierci, pewność istnienia życia po śmierci - i to nie tylko samej duszy, ale po ostatecznym zmartwychwstaniu, również i ciała, jak też pociecha w przypadku śmierci drogiej osoby, dla chrześcijanina mają źródło w słowie Bożym; stanowią akt wiary w Tego, który .nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych. /Łk 20, 38/. W publikacji znajdziemy także liczne teksty nauki Kościoła na temat życia wiecznego. Przedstawiona tutaj książka, niezwykle potrzebna ze względu na istniejące zagrożenia wiary i rozpowszechnione błędy, powinna trafić do jak najszerszych środowisk.

 [1] 

Powrót

1.Nie jestem zabawką, moje ciało jest dziełem Boga.
2.Czystość jest wciąż dla mnie cenną wartością, której nie mogę podarować byle komu i byle jak.
3.Chciałabym mieć męża i dzieci. Zachowam moją czystość i miłość dla nich.
4.Kiedyś mój chłopak zostanie mężem i ojcem. Chcę mu pomóc, aby był KIMŚ w oczach żony i dzieci.
5.Mój sposób bycia nie jest obojętny dla chłopaka. Zwracam uwagę na moje zachowanie dla naszego wspólnego dobra.
6.Pierwsze ?NIE? może być trudne ? każde następne będzie łatwiejsze.
7.Moje pocałunki wyrażają dar mojej miłości i są o wiele więcej warte niż udana impreza lub kino.
8.Kocham moich rodziców; nie zawiodę ich zaufania.
9.Gdy zostanę matką, będę kochać każde swoje dziecko od poczęcia i chronić je niezależnie od trudności, jakie staną na mojej drodze życia.
10.Nie dam sobie wmówić, że jestem gorsza, bo mam takie niedzisiejsze poglądy. To po prostu nie jest prawdą!

 [1] 

Powrót

1.Silny mężczyzna nie traci kontroli nad swoimi zachowaniami.
2.Darzę uczuciem swoją dziewczynę. Zależy mi na niej i nie traktuję jej jak zabawki.
3.Lubię z nią przebywać, lecz pragnę jej dobra.
4.Chciałbym dać mojej dziewczynie wszystko to, co najlepsze i nie chcę od niej fizycznych "dowodów" miłości.
5.Akceptuję jej godność tak jak szanuję moją siostrę i matkę.
6.Cenię w mojej dziewczynie wspaniałą kobietę, która kiedyś zostanie matką.
7.Ja sam w przyszłości zostanę ojcem, od mojego zachowania dzisiaj zależy jak będzie wyglądała moja rodzina.
8.Od poczęcia będę kochał wszystkie moje dzieci, bez względu na to jakie one będą. Nie pozwolę ich skrzywdzić. Zadbam o to, by w naszym domu niczego nie brakowało.
9.W moim życiu spotkałem wielu wspaniałych ludzi. Chciałbym umieć przekazać swoim dzieciom to, co otrzymałem od nich.
10.Silny jestem w Bogu, który mnie umacnia: mam prawo wyrażać swoje zdanie i szukać tych, którzy myślą podobnie.

 [1] 

Powrót

Po piętnastu latach małżeństwa żona oświadczyła mi najzupełniej nieoczekiwanie, że wniosła pozew o rozwód. Od półtora roku byłem za granicą. Wypchnęła mnie tam ciągłym narzekaniem, że nasza sytuacja materialna jest nie do wytrzymania. Myślę, że wtedy nie była jeszcze związana z tym mężczyzną, raczej wypchnęła mnie za granicę jej chciwość. Przez ten czas jeden raz odwiedziłem rodzinę, wszystko zastałem w porządku, w każdym razie nie zauważyłem niczego podejrzanego. W ogóle wydawało mi się, że jesteśmy małżeństwem udanym. Kiedy wróciłem, żona bez mrugnięcia okiem oświadczyła mi, że kocha innego i żąda rozwodu. To był dla mnie szok. Nie pomogły żadne perswazje. Żeby już szybciej mieć to wszystko za sobą, zgodziłem się na rozwód bez orzekania o winie.
Nigdy bym się nie domyślił, że jest w niej tyle zła. Nie odczuwa żadnego wyrzutu, że tak ciężko mnie skrzywdziła. Twierdzi, że ponieważ mnie już nie kocha, to jej postępowanie jest bez zarzutu, inaczej byłaby hipokrytką i tylko byłoby nam coraz duszniej w naszym małżeństwie. Dalej mieszkamy razem, ona na soboty i niedziele wyjeżdża do swojego pana, bo on za kilka miesięcy przenosi się do innego miasta i wtedy zamieszkają razem. Ksiądz może sobie wyobrazić, jak ja to wszystko przeżywam. Jeździ tam razem z naszym jedynym dzieckiem (wytęsknionym, ukochanym, ma dopiero siedem lat, bo długo nie mogliśmy mieć dziecka). Ono, jak to dziecko, bardziej związane z matką, zresztą przez półtora roku nie było mnie przecież w domu.
Nie na tym jednak kończy się mój dramat. W swojej niedoli poznałem dziewczynę. Była dla mnie psychicznym oparciem w najgorszych chwilach, toteż bardzo do niej przylgnąłem. No cóż, ale jestem wierzącym katolikiem i czuję się nadal związany z poprzednią żoną, a w każdym razie nie czuję się wolny. Żona takich skrupułów nie ma, przekreśliła całą swoją religijność, do kościoła przestała chodzić. Z tym swoim typem wzięła ślub cywilny, no i wszystko gra. A co ja mam zrobić? Ja, który nie ponoszę żadnej winy, chyba że byłem za dobry? Czy do końca życia mam się męczyć? Za co? Jestem jeszcze młody, zdrowy, normalny. W celibacie żyć nie potrafię, więc pod tym względem nie mogę obiecać poprawy przy spowiedzi. Czy nie byłoby jakoś czyściej związać się cywilnie z kochaną osobą i jakoś ułożyć sobie życie? Tak, ale wtedy nie będę dopuszczony do sakramentów świętych, a to byłaby dla mnie tragedia.


Ciężko robi się na sercu, kiedy się człowiek dowiaduje, że znowu zawaliło się jakieś małżeństwo, które, również z czysto ludzkiego punktu widzenia, miało wszystkie cechy związku trwałego! Żeby przynajmniej tyle dobra z tego rozwodu wynikło, że Pan -- dzięki swoim bolesnym doświadczeniom -- komuś innemu pomoże powstrzymać się przed błędami, jakie wy popełniliście!
Myślę, że uświadomienie sobie tych błędów jest dla Pana poniekąd obowiązkiem wiary. Tak łatwo, niestety, życie Pana może się ześlizgnąć w takim kierunku, że zacznie się Panu wydawać, iż rozwód jest czymś normalnym, a stanowisko Kościoła na ten temat będzie Pana coraz więcej denerwować. Proszę mi wierzyć, że jest to realne niebezpieczeństwo, przed którym Pan obecnie stoi. Żeby tego niebezpieczeństwa uniknąć, musi Pan zobaczyć możliwie w całej prawdzie to wszystko, co was doprowadziło do rozwodu. Niejako nagrodą za tę gotowość zobaczenia własnych błędów będzie to, że Bóg pozwoli Panu przyczynić się do uratowania jakiegoś innego małżeństwa, które znalazło się w podobnym kryzysie.
Pierwszy błąd popełnił Pan, zgadzając się na tak długą separację od żony. Powiada Pan, że wypchnęła Pana za granicę jej chciwość. Kto wie, może w ten sposób objawiało się w niej poczucie, że jest za mało kochana. Jak ktoś zauważył: ludzie, którzy kochają i czują się kochani, nie mają żadnych kłopotów z przyjęciem słów Apostoła Pawła: "mając żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!" (1 Tm 6,8) Dopiero kiedy człowiekowi brak miłości, zaczyna on szukać innych zabezpieczeń: jeden zaczyna ponad miarę zabiegać o rzeczy materialne, inny pragnie imponować ludziom albo się im przypodobać, albo budzić w nich strach, a jeszcze inny angażuje się nadmiernie w sprawy może i ważne, ale kosztem spraw ważniejszych.
Gdyby zatem miał Pan tę mądrość, którą ma Pan dzisiaj, po szkodzie, być może zauważyłby Pan w narzekaniach żony na waszą sytuację materialną (zdaniem Pana, niesłusznych) sygnał, że coś w waszym małżeństwie się psuje. I być może udałoby się wtedy Panu tchnąć nowego ducha w wasze małżeństwo, tak że żona nawet by się nie spostrzegła, jak przestałaby narzekać i wysyłać Pana za granicę.
Jednak skoro już Pan za granicę wyjechał, to nie powinien Pan tam siedzieć tak długo. W życiu wygłosiłem jakieś dziesięć serii rekolekcji dla Polaków za granicą i widziałem z bliska co najmniej sto tragedii rodzinnych, spowodowanych przedłużającą się separacją małżonków. Znajomi zarzucają mi nawet, że jestem w tym punkcie przeczulony, bo kiedy tylko dowiaduję się o takim rozdzieleniu małżonków, gorąco namawiam do skrócenia tej separacji oraz do zwiększenia sygnałów wzajemnego przywiązania i miłości.
Wydaje mi się ponadto, że błędem była Pańska zgoda na rozwód. Zdarza się niekiedy, że czterdziestoletnia mężatka (albo jej mąż) zakochuje się w kimś trzecim. Kto wie, czym jest małżeństwo, zachowa się wówczas tak, jak powinno się zachować w innych pokusach, mianowicie będzie się starał nie podsycać tej pokusy, a na jej ewentualne ataki będzie reagował spokojnie i bez paniki, najlepiej modlitwą.
Z listu Pańskiego wynika, iż żona zachowała się inaczej: zakochanie się pozamałżeńskie zachęciło ją do ułożenia sobie życia z innym mężczyzną. Emocjonalne zaangażowanie się w tego człowieka spowodowało w niej -- fałszywą, jak sądzę -- świadomość, że już Pana nie kocha. Dlatego myślę, że była to świadomość fałszywa, bo przecież nie było w historii waszego małżeństwa wydarzeń, które by wskazywały na jego ruinę. Jeśli zapach kapusty bierze górę nad zapachem ambry, nie znaczy to, że ambra wywietrzała. Właśnie tej mądrości Panu zabrakło. Zraził się Pan nieskutecznością swoich perswazji i swoją szybką zgodą na rozwód właściwie nie dał Pan żonie szansy powrotu do duchowej przytomności.
Niestety, oboje (jeśli dobrze zrozumiałem Pański list) kierowaliście się jakimiś pogańskimi dogmatami. Żona uwierzyła w pogański dogmat, że jak się pokochało kogoś innego, to już wolno męża porzucić. Pan postąpił zgodnie z pogańskim dogmatem, że jeśli współmałżonkowi ogromnie zależy na rozwodzie, to nie należy mu tego utrudniać. Pańska niezgoda na rozwód -- jeśliby wynikała z nadziei nawet wbrew nadziei -- mogłaby wasze małżeństwo uratować. A już w każdym razie byłaby ważnym, choć trudnym darem miłości wobec żony: może właśnie dzięki temu żona zrozumiałaby, przynajmniej kiedyś, że jej spokój moralny po tym wszystkim, co zrobiła, jest czymś bardzo niepokojącym.
Najwięcej w tej sytuacji może ucierpieć wasze dziecko. Pomińmy te szkody, jakie zagrażają dziecku z rozbitej rodziny, o których piszą psychologowie, bo o tym może się Pan dowiedzieć gdzie indziej. Zwrócę uwagę tylko na to jedno, że Pańskie dziecko zapewne już otrzymało całkiem bogate wtajemniczenie w różne pogańskie dogmaty na temat małżeństwa. Zapewne już wie o tym, że jeśli mąż przestanie kochać żonę lub żona męża albo jeśli się bardzo pokocha kogoś innego, to wtedy wolno się rozejść, bo przecież każdy człowiek ma prawo do szczęścia. Jeśli się Pan zwiąże z nową partnerką, dziecko otrzyma następne potwierdzenie, że rozwody i kolejne małżeństwa są czymś normalnym i trzeba je przyjmować ze zrozumieniem. Kto wie, może z czasem stanie się jeszcze bardziej postępowe i zacznie uważać, że w gruncie rzeczy to coś bardzo nudnego mieć przez całe życie jednego i tego samego małżonka. Trudno przewidzieć, jak będzie działał zmysł moralny u kogoś, komu mocno namieszano w głowie już na samym początku życia.
Proszę Pana, my nigdy nie wygrzebiemy się z pogańskich dogmatów, które tak nas niszczą, jeśli nie opowiemy się jasno po stronie dogmatów Bożych. Może właśnie Pańska wierność zawartemu małżeństwu stanie się tym świadectwem, które w duszy waszego dziecka zdobędzie sobie ostatni głos i w ten sposób ocali je Pan przed moralną dezorientacją w sprawie tak ważnej, która niedługo jego samego będzie dotyczyła.
Jak Panu wiadomo, Kościół stanowczo prosi małżonków, których małżeństwo uległo rozbiciu, aby za życia współmałżonka nie wchodzili w nowe związki. Wierzymy bowiem Chrystusowi, że Jego zasada: "co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela", stoi na straży naszego dobra. Dokładniejsze omówienie nauki Bożej na ten temat znajdzie Pan w liście pt. "Czy Ewangelia dopuszcza rozwód?" w książce pt. Szukającym drogi.
Zwłaszcza jeden pogański dogmat musi Pan w sobie przezwyciężyć, ażeby mógł Pan pójść za tą nauką Bożą, tak trudną dla Pana w tej chwili: że bez kobiety żyć Pan nie potrafi. Ufam, że w ciągu półtorarocznego pobytu za granicą nie zdradzał Pan jednak żony. To prawda, że wtedy to było coś zupełnie innego, to była samotność tylko zewnętrzna. Teraz staje przed Panem perspektywa samotności niewyobrażalnie trudniejszej i zgniecie ona Pana albo przemieni w kłębek goryczy, jeśli nie napełni jej Pan jakimś głębszym sensem. Jednak ten świat jest naprawdę Boży i jeśli Bóg dopuścił na Pana tę próbę, to On sam roztoczy opiekę nad Pańską samotnością i podpowie Panu taki sposób życia, aby ono było naprawdę dla innych, mimo że samotne.
Wiem, że to, co teraz powiem, zabrzmi w Pańskich uszach naiwnie, ale niech Pan nie odrzuca natychmiast tej myśli: Jeszcze mieszkacie razem, może jeszcze teraz, w najzupełniej ostatnim momencie, małżeństwo dałoby się uratować. Może właśnie związek z tamtą dziewczyną gasi w Panu przedwcześnie nadzieję nawet wbrew nadziei. Znacznie większe cuda zdarzają się na świecie. A nawet gdyby żaden cud w Pańskim małżeństwie nie nastąpił, ten jeden cud zdarzy się na pewno, jeśli tylko będzie go Pan chciał: że Jezus będzie dla Pana Kimś ważniejszym niż najbardziej nawet atrakcyjna perspektywa ułożenia sobie życia bez Niego.
W bardzo głębokich słowach zachęca skrzywdzonych małżonków do takiej postawy Jan Paweł II w swojej adhortacji Familiaris consortio: "Samotność i inne trudności są często udziałem małżonka odseparowanego, zwłaszcza gdy nie ponosi on winy. W takim przypadku wspólnota kościelna musi go w szczególny sposób wspomagać, okazywać mu szacunek, solidarność, zrozumienie i konkretną pomoc, tak aby mógł dochować wierności także w tej trudnej sytuacji. Wspólnota musi pomóc mu w praktykowaniu przebaczenia, wymaganego przez miłość chrześcijańską, oraz w utrzymaniu gotowości do ewentualnego podjęcia na nowo poprzedniego życia małżeńskiego.
Analogiczny jest przypadek małżonka rozwiedzionego, który -- zdając sobie dobrze sprawę z nierozerwalności ważnego węzła małżeńskiego -- nie zawiera nowego związku, lecz poświęca się jedynie spełnianiu swoich obowiązków rodzinnych i tych, które wynikają z odpowiedzialnego życia chrześcijańskiego. W takim przypadku przykład jego wierności i chrześcijańskiej konsekwencji nabiera szczególnej wartości świadectwa wobec świata i Kościoła, który tym bardziej winien mu okazywać stałą miłość i pomoc, nie czyniąc żadnych trudności w dopuszczeniu do sakramentów" (nr 83).
Ufam, że wielu czytelników tego listu pomodli się za Pana najszczególniej, aby w tej tak trudnej dla siebie sytuacji umiał Pan wybierać po Bożemu, a nie w duchu tego świata. Rzecz jasna, również swoją modlitwę serdecznie Panu obiecuję.

 [1] 

Powrót

Od początku naszego małżeństwa nie widzieliśmy z żoną nic złego w stosowaniu antykoncepcji i nie było to dla nas przeszkodą w praktykowaniu wiary. Nawróciliśmy się pod wpływem atmosfery w dzisiejszych mass mediach. Bo zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego z powodu swojego sprzeciwu wobec antykoncepcji Kościół zbiera tyle szyderstw, docinków, ataków i zarzutów. Złości ze strony takich jak my można by jeszcze zrozumieć -- bo nasze rozmijanie się z nauką Kościoła utrudniało nam korzystanie z sakramentu pokuty i wprowadzało lekki (ale jednak odczuwalny) niepokój sumienia. Dlaczego jednak tak się złoszczą na kościelny zakaz antykoncepcji ludzie, którzy z Kościołem nie mają nic wspólnego? My z żoną jesteśmy katolikami, tak długo stosowaliśmy antykoncepcję i nigdy nie poczuliśmy żadnego przymusu ze strony Kościoła. Jedyne miejsce, gdzie ktoś mógłby nas o to pytać, to konfesjonał. Ale niekatolicy, nawet jeżeli się spowiadają, to przecież nie u katolickich księży. Dlaczego więc -- zaczęliśmy się z żoną zastanawiać -- katolicka etyka małżeńska tak bardzo tylu ludzi denerwuje? I to najczęściej tych, którzy usta mają pełne tolerancji dla cudzych odmienności.
W ślad za tym pytaniem przyszło pytanie drugie: Coś jednak bardzo ważnego musi Kościół widzieć w swoim sprzeciwie wobec antykoncepcji, skoro mimo tylu ataków i takiego ośmieszania nie wycofuje się ze swojego stanowiska. W rezultacie tych naszych rozmów podjęliśmy decyzję porzucenia antykoncepcji i dostosowania się do nauki Kościoła w naszym życiu małżeńskim. Dwa dobre skutki tej decyzji odczuliśmy natychmiast: wrócił pełny spokój sumienia, łatwiej nam się modlić, oboje zgodnie odczuwamy, że spełniamy w ten sposób jakieś dobro. Drugi skutek da się porównać z doświadczeniem człowieka, który miał zwyczaj jeść, kiedy tylko przychodziła mu na to ochota, ale sobie postanowił jeść tylko w porze posiłków; jedzenie wtedy bardziej smakuje. Naprawdę coś dobrego stało się z naszym małżeństwem; nasza miłość wzajemna stała się jasna, świeża, naprawdę radosna.
Czegoś istotnego nam jednak brakuje. Zaczęliśmy realizować jakąś wartość, doświadczamy jej, a nie wiemy nawet dobrze, co to za wartość. Gdyby nam Ojciec zechciał wytłumaczyć, o co chodzi w katolickiej etyce małżeńskiej. Nie chcielibyśmy, żeby nam minęła pierwsza chęć do stosowania jej zasad w naszym małżeństwie. Chcemy się jakoś przygotować na moment, kiedy przyjdzie na nas pokusa powrotu do dawnego. Bo przecież taka pokusa przyjdzie na pewno. To, co jest teraz, jest zbyt piękne i łatwe, żeby miało trwać długo.


Tak się niezwykle złożyło, że mogłem usiąść do odpisywania na Pański list dopiero w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Ta jedyna spośród miliardów ludzi, która miała być matką Zbawiciela, poczęła się z normalnego zjednoczenia małżeńskiego swoich rodziców. Ze względu na jedyną posługę, którą miała wypełnić, Bóg uczynił ją świętą i bezgrzeszną już od pierwszego momentu poczęcia. Jednak wolno nam domyślać się, że również miłość, która zjednoczyła jej rodziców, nie miała w sobie żadnego egocentryzmu i najszczególniej podobała się Bogu.
Niepokalane Poczęcie Maryi pomoże nam w sposób czysty i święty zastanowić się nad pytaniem o duchowy sens ludzkiej seksualności. Naszą uwagę ograniczmy na razie tylko do tych zbliżeń mężczyzny i kobiety, które faktycznie kończą się poczęciem nowego człowieka. Zacznijmy od przypomnienia, że godność człowieka jest aż tak wielka, że sam Bóg postanowił się z nim zaprzyjaźnić. Otóż jeśli właśnie tak rzecz się ma z godnością człowieka, zastanówmy się nad tym, jak powinna by się przedstawiać idealna postawa ojca i matki w sytuacji, która prowadzi do poczęcia nowego człowieka. Rzecz jasna, okoliczności poczęcia mogą być rozmaite, nieraz nawet urągające ludzkiej godności, ale my spróbujmy opisać okoliczności idealne, które byłyby adekwatne do tak niepojętego i -- nie wahajmy się użyć tego słowa -- świętego wydarzenia, jakim jest poczęcie nowej istoty ludzkiej.
Owe idealne okoliczności widziałbym następująco: Rodzice, dając życie swojemu dziecku, powinni stanowić jedno nie tylko ciałem, ale również duchem. Przecież to właśnie dlatego Stwórca postanowił, aby dzieci poczynały się z miłości swoich rodziców, gdyż ta właśnie miłość ma być przestrzenią, ogarniającą je przez cały długi czas wprowadzania ich w życie dojrzałe. Zatem małżonkowie tym lepiej wypełnią zamysł Stwórcy, im więcej będą starali się o to, ażeby ich dziecko zostało poczęte w miłości prawdziwej i nie okaleczonej.
Miłość bowiem może być bardziej lub mniej prawdziwa. Jest tym prawdziwsza, im mniej w niej egocentryzmu, im mniej nastawiona na branie, im więcej pragnąca dawać. Owszem, w miłości jest również branie, ale w zdrowej miłości powinno być ono podporządkowane chęci dawania. Miłość nie wyklucza również pożądania, ale nie powinno się ono przemienić w raka, który się uniezależnił od miłości i ją pożera. Autentycznie kochający się małżonkowie pragną swoje pożądanie napełnić miłością i miłości je podporządkować.
Jedno miłość prawdziwa stara się wykluczyć całkowicie: instrumentalizację i uprzedmiotowienie osoby kochanej. Miłość jest wręcz przeciwieństwem tych dwóch postaw. W jej cieple ludzie rozpoznają swoją godność osoby: kogoś zasługującego na to, żeby być kochanym w sposób bezinteresowny, a zarazem kogoś zdolnego do bezinteresownego dawania siebie.
Otóż idealnie by było, gdyby wszystkie nasze dzieci poczynały się z tak opisanej miłości. Faktycznie bywa różnie. Ograniczę się do przytoczenia trzech świadectw z listów, jakie przychodziły do mnie w związku z prowadzeniem niniejszej rubryki. "Podobno w sex shopie sprzedają narzędzia do zaspokajania się -- pisze pewien mężczyzna. -- Ja kocham swoją żonę, ale nie mogę wyprzeć się tego, że nieraz wykorzystywałem ją do własnego zaspokojenia. Kiedy to sobie uświadomiłem, poczułem ogromny wstyd".
Inny mężczyzna skarży się, że żona dopuszcza go do siebie tylko wtedy, kiedy chce coś od niego uzyskać: "Ja ją chcę kochać, a ona swoją kobiecość traktuje jak towar, dający się wymienić na inne towary". I współbrzmiąca skarga młodej żony: "Ja mu chcę dać siebie, a jego interesuje tylko moje ciało".
Nieraz się zdarza, że z takich właśnie, duchowo okaleczonych zbliżeń poczynają się nasze dzieci. Nieautentyczność miłości małżeńskiej niekoniecznie musi prowadzić do rozwodu, ale -- jeśli małżonkowie nie starają się jej uleczyć -- w sposób konieczny prowadzi do czegoś złego. Różne choroby naszych rodzin i ciężkie nasze błędy wychowawcze nie biorą się przecież z powietrza.
Otóż wiara chrześcijańska głosi wielką obietnicę: Nie zaszkodzi ci, człowiecze, twoja grzeszność, jeśli zawierzysz Bogu i zaczniesz z nią wreszcie walczyć. Stosując tę prawdę do naszego tematu, obietnicę tę można wyrazić następująco: Nie zaszkodzi wam, małżonkowie, ani waszym dzieciom, że może poczęte one zostały w miłości raczej okaleczonej i egocentrycznej -- jeśli tylko, czerpiąc z łask, jakie płyną z sakramentu małżeństwa, będziecie się starali uzdrawiać waszą miłość małżeńską.
Zastanawiam się, dlaczego jestem dumny z mojego Kościoła, że tak wytrwale -- i nie zważając na całą nieżyczliwość, jaką z tego powodu musi znosić -- przestrzega małżonków przed uciekaniem się do antykoncepcji (a tym bardziej do jej najbrutalniejszej formy, jaką jest sterylizacja). Otóż nie wyobrażam sobie takiej sofistyki, która potrafiłaby w sposób przekonujący udowodnić, iż antykoncepcja nie dokonuje żadnego uprzedmiotowienia i instrumentalizacji osoby ludzkiej.
"Wśród hałasu i ścisku o <nową kobietę> -- pisał jeszcze przed wojną Karol Irzykowski (któremu różne rzeczy można zarzucić, ale nie to, że był kościelnym akolitą) -- stratowano Miłość (przez wielkie "M"). Mężczyzna zatomizował miłość, zmienił ją dla swojej wygody w erotyzm czy seksualizm, a kobieta, dotychczas niby to stróż jej wiecznego znicza, zgodziła się na to! W naiwnym dążeniu do tzw. prawdy <odbrązowiono> miłość -- miłość, która może się nigdy nie ziszczała naprawdę, jednak przyświecając z daleka jako ideał, regulowała życie uczuciowe i umysłowe wielu pokoleń. Dziś dawny program maksymalny zastępuje się minimalnym -- aby nie <kłamać>; co za małoduszność!"
Z kolei kardynał Lustiger zwraca uwagę na to, że aprobata dla antykoncepcji dokonuje w naszej mentalności rozłączenia ludzkiej seksualności od ludzkiej osoby: "Wszystko polega na tym, żeby wiedzieć, czy istota ludzka może rozporządzać swoim ciałem jako przedmiotem, zewnętrznym wobec jej wolności, a więc takim, któremu z natury jest obce pojęcie dobra i zła. Jeżeli dziedzina seksualności, jak zresztą i inne, pozostaje na zewnątrz określenia wolności i sfery moralności, to rzeczywiście nie wiadomo, dlaczego miałoby się ograniczać prawo do używania i nadużywania własnego ciała oraz jego zdolności do rozkoszy. (...) Seksualność ludzka jest miejscem, gdzie człowiek wypowiada się nie tylko według swojej kondycji naturalnej, ale także idąc za swoim powołaniem boskim. Seksualność jest nie tylko miejscem wolności, ale również miejscem podobieństwa do Boga".
"Problematyczność pigułki antykoncepcyjnej -- argumentuje w tym samym duchu kardynał Ratzinger -- ujawnia się przez rewolucję kulturalną, jaką ta pigułka wywołała. Seksualność stała się towarem, dostępnym na życzenie, dającym się <bezpiecznie> użyć w każdym czasie. Efektem jest pogłębiający się rozpad wierności małżeńskiej, postawienie na jednej płaszczyźnie wszystkich zachowań seksualnych, a przez to na przykład pożałowania godna eksplozja homoseksualizmu".
Krótko mówiąc, głosząc podporządkowanie ludzkiej seksualności prawu moralnemu, Kościół pragnie nas uchronić przed "nowym wspaniałym światem", w którym łatwy dostęp do przeżyć seksualnych stanowi narkotyk, za pomocą którego zagłusza się brak głębokiej radości życia i poczucie ostatecznego bezsensu.
Nie jest zresztą tak, ażeby bez przypomnień Kościoła prawda na temat ludzkiej seksualności była nam zupełnie niedostępna. Zwierzyła mi się kiedyś pewna kobieta z momentu przerażenia swoim nie uporządkowanym dotychczas życiem małżeńskim. Było to tak. Coś tam w radiu mówiono o antykoncepcji i dziesięcioletni syn poprosił ojca o wyjaśnienie tego słowa. Ojciec wyjaśnił mniej więcej tak: "Kiedy tatusiowi i mamusi jest ze sobą najbardziej przyjemnie, wtedy najczęściej się zdarza, że będzie z tego dziecko; otóż można tak urządzić, żeby było przyjemnie i żeby nie było dziecka". W owej kobiecie, matce chłopca, która słuchała tego wyjaśnienia w drugim pokoju, nastąpił wstrząs. W błysku iluminacji, jakiej wówczas doznała, stało się dla niej czymś oczywistym, że jest jakiś głęboki fałsz w postawie, która ich skłania do stosowania antykoncepcji, i że już teraz wdrażają do tej postawy swoje rodzone dziecko.
Kościół ma obowiązek głosić powierzoną sobie prawdę o człowieku i o naszym wezwaniu do miłości. Ma obowiązek głosić ją "w porę i nie w porę" (2 Tm 4,2). Przyznam szczerze, że kiedy czytałem przejmujące wyznanie papieża Pawła VI, który przewidywał, że jego encyklika Humanae vitae wzbudzi wiele sprzeciwu, a mimo to zdecydował się ją ogłosić, spontanicznie przypomniały mi się słowa Apostoła Pawła: "Nie jestem winien niczyjej krwi, bo nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej" (Dz 20,27).
Wspomniane wyznanie Pawła VI (Humanae vitae 18) zasługuje na przypomnienie. Minęło ponad ćwierć wieku, a ono brzmi jakby napisane specjalnie dla nas: "Z góry da się przewidzieć -- pisał Paweł VI -- że nie wszyscy chyba łatwo przyjmą podaną tu naukę: skoro już teraz podniosło się tyle głosów, które korzystając z pomocy nowoczesnych środków propagandy, sprzeciwiają się temu, co Kościół naucza. Kościół wszakże nie dziwi się temu, że podobnie jak boski jego Założyciel postawiony jest <na znak, któremu sprzeciwiać się będą>. Nie zaniedba bynajmniej z tego powodu nałożonego mu obowiązku głoszenia z pokorą i stanowczością całego prawa moralnego, tak naturalnego, jak ewangelicznego. Ponieważ Kościół nie jest twórcą obydwu tych praw, dlatego też nie może być ich sędzią, lecz jedynie stróżem i tłumaczem. Nie wolno mu więc nigdy ogłaszać za dozwolone tego, co w rzeczywistości jest niedozwolone, gdyż z natury swej stoi zawsze w sprzeczności z prawdziwym dobrem człowieka. Kościół jest w pełni świadom, że broniąc nienaruszalności prawa moralnego odnośnie do małżeństwa, przyczynia się do umocnienia wśród ludzi prawdziwej kultury; ponadto zachęca człowieka, aby nie rezygnował ze swych obowiązków, zdając się na środki techniczne. Czyniąc tak, Kościół zabezpiecza godność małżonków. Takim właśnie postępowaniem Kościół, wierny nauce i przykładowi Zbawiciela, okazuje, że obejmuje ludzi szczerą i bezinteresowną miłością, usiłując ich wspomagać w ziemskiej pielgrzymce, aby jako dzieci Boże uczestniczyli w życiu Boga żywego, Ojca wszystkich ludzi".

 [1] 

Powrót

Rozwód nie jest wydarzeniem, nad którym dziecko szybko przechodzi do porządku dziennego. Jest przyczyną poważnych i rozlicznych kłopotów ze zdrowiem. To kryzys o niewyobrażalnych rozmiarach, którego doświadczają dzieci na całym świecie.



Czy dzieci, które przeżyły rozwód rodziców, różnią się od pozostałych? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie. Śmieją się, płaczą, noszą modne rzeczy i oglądają te same programy telewizyjne co inne dzieci. Czy są jednak inne? Uważam, że tak, i moja opinia ma źródło zarówno w osobistym doświadczeniu, jak i w wiedzy zawodowej.

Moi rodzice się rozwiedli, gdy miałem 12 lat. To jedno wydarzenie zmieniło moje życie na zawsze. Jako psychoterapeuta pracowałem przez wiele lat z rodzinami, które miały za sobą doświadczenie rozwodu lub były w jego trakcie. Wraz z moją żoną byliśmy organizatorami wielu seminariów dla duchowieństwa, małżeństw i osób rozwiedzionych. Te doświadczenia przekonały mnie, że dzieci, które przeżyły rozpad małżeństwa, są przez to w jakiś sposób naznaczone, a w konsekwencji różnią się od swoich kolegów i koleżanek.

Dlaczego tak się dzieje? Choć rozwód jest jednorazowym wydarzeniem, nie jest nic nieznaczącym drobiazgiem w dziecięcym doświadczeniu. Stanowi początek serii rozdzierających, bolesnych i tragicznych zdarzeń wymuszających zmiany i konieczność adaptacji do nowej sytuacji, co dzieci nie zawsze są w stanie znieść. To za każdym razem zostawia ślad, pytanie tylko, jak duży pozostanie, gdy kurz już opadnie. Wtedy bowiem się zaczynają prawdziwe kłopoty. Zwykle czas po rozwodzie jest toksyczny i często czyni więcej szkody niż sam rozwód (…).

To, co widziałem i czego doświadczyłem, wystarczyło, by mnie przekonać, że rozwód nie jest czymś neutralnym.

Nie jest wydarzeniem — jak wiele osób nas przekonuje — nad którym dziecko szybko przechodzi do porządku dziennego. Jest on dziś przyczyną poważnych i rozlicznych kłopotów ze zdrowiem psychicznym. To kryzys o niewyobrażalnych rozmiarach, którego doświadczają dzieci na całym świecie. (…)

Co czuje dziecko rozwiedzionych rodziców?
Uczucia dziecka, które przeżyło rozwód rodziców, zmieniają się wraz z upływem czasu. Podobnie jak w procesie opłakiwania kogoś bliskiego, kto zmarł, także i tu można jasno wyróżnić stany emocjonalne, przez które przechodzą dzieci, próbując poradzić sobie z rozpadem rodziny. Poszczególne etapy to:



1. Lęk i niepokój.

2. Opuszczenie i odrzucenie.

3. Samotność i smutek.

4. Frustracja i złość.

5. Odrzucenie i uraza.

6. Odbudowanie zaufania.



Te stany emocjonalne są nieuniknione i normalne. Jako rozwiedziony rodzic nie oczekuj, że dziecko w cudowny sposób ominie którykolwiek z nich. Módl się raczej, by Pan Bóg pomógł mu przejść przez nie w zdrowy sposób i by przeżywanie ich było raczej pozytywnym niż negatywnym doświadczeniem. Módl się, by dziecko zrozumiało i zaakceptowało je.

Przyjrzymy się bliżej i zbadamy, co ty, jako rodzic, dziadek czy krewny możesz zrobić, by ułatwić dziecku przejście każdego z tych etapów.

Etap 1: Lęk i niepokój
Krótko przed rozwodem konflikt między rodzicami może przybierać różne formy. W niektórych domach jest on bardzo widoczny: wrzaski, krzyki i walka są dla dziecka wyraźną wskazówką, że zaistniał problem. Często jednak dzieci nie zauważają, że zbliża się rozwód. Zwykle nie traktują konfliktu poważnie i myślą życzeniowo, że wszystko zawsze będzie dobrze.

Na drugim biegunie znajdują się rodziny, które prowadzą ciche wojny. Przy dzieciach nie toczą żadnych walk i nic nie wskazuje na to, by coś miało być nie w porządku. Dzieci z takich domów mogą nie znosić długich okresów, gdy rodzice nie odzywają się do siebie, ale bardzo rzadko się zdarza, że czują niebezpieczeństwo czające się za drzwiami.

Płynie stąd wniosek, że niezależnie od tego, czy konflikt jest otwarty czy ukryty, informacja o separacji i rozwodzie jest prawie zawsze dla dzieci zaskoczeniem, dlatego pierwsza emocjonalna reakcja to zwykle panika, lęk lub niepokój.

Co wywołuje te uczucia? Nagle przed dzieckiem pojawia się ogromna nieznana przestrzeń, w którą jest ono popychane. Rozwód stanowi zagrożenie dla egzystencji dziecka, takiej, jaką ono zna, rozchwianie wszystkiego, co dotąd było stabilne i pewne w życiu. Jest emocjonalnym trzęsieniem ziemi o najwyższym natężeniu, które narusza najgłębsze podstawy poczucia bezpieczeństwa.

To naturalne, że twoje dziecko będzie przerażone i zaniepokojone. Może się pojawić wiele klasycznych oznak lęku i niepokoju: pocenie się, nerwowość, bezsenność, koszmary senne, hiperwentylacja, ucisk w klatce piersiowej, problemy gastrologiczne i różnego rodzaju dolegliwości bólowe. To normalne objawy i powinny być jako takie zaakceptowane. Nie wolno popadać w przesadę i oskarżać dziecka o to, że udaje. Należy spokojnie upewnić dziecko i jasno przedstawić swoje zamiary.

Ta ostatnia sprawa jest szczególnie istotna. Każdy z nas dużo lepiej może sobie poradzić z czymś, co zna, niż z czymś, czego nie zna lub co sobie wyobraża. Jeśli dziecko jest trzymane w nieświadomości i nieinformowane dokładnie o wszystkim, co jest związane z nieuchronnie zbliżającym się rozwodem, wówczas jest prawdopodobne, że będzie sobie wymyślało wszystko, co najgorsze. Skutkiem działania wyobraźni jest niepokój, podczas gdy fakty budzą lęki. Jednak z lękiem można sobie poradzić łatwiej niż z niepokojem i działa on mniej niszcząco. Na dłuższą metę dziecku, które dokładnie wie, co się dzieje, łatwiej będzie poradzić sobie z lękami, niż takiemu, które wyobraża sobie najgorsze.

Jeśli dziecko jest za małe, by zrozumieć wszystko lub by powiedzieć mu o wszystkim, albo jeśli są inne powody, by nie przekazywać informacji, bardzo ważne staje się dodawanie mu otuchy. Spędzaj z dzieckiem czas. Często i otwarcie okazuj mu miłość, ponieważ miłość jest najlepszym antidotum na wszelkie lęki i niepokoje. Jasno mówi o tym Pismo Święte: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4,18). W rzeczywistości sens tego wersetu jest następujący: nie musimy się bać kogoś, kto bardzo nas kocha. Myślę też, że znaczy to coś więcej: gdy jesteśmy bardzo kochani, nasze lęki i wszystkie inne rzeczy znikają.

Etap 2: Opuszczenie i odrzucenie
Etap lęku i niepokoju szybko otwiera drogę do kolejnego, w którym pojawiają się uczucia opuszczenia i odrzucenia. Dzieci, nawet jeśli gdzieś w głębi serca wiedzą, że to nieprawda, często czują się opuszczone i odrzucone przez tego z rodziców, który odchodzi. „Gdyby tato naprawdę mnie kochał, nie opuściłby mamusi i mnie”, powiedziała mi kiedyś pewna zasmucona ośmioletnia dziewczynka, podsumowując swe uczucia.

Młodsze dzieci częściej doświadczają takich uczuć niż starsze. Nie zawsze bowiem są w stanie odróżnić fakt rozstania się rodziców i kwestię rozstania się jednego z rodziców z dziećmi.

Czasem osoba, które dąży do rozwodu, jest już z kimś związana lub wkrótce wiąże się z ewentualnym przyszłym małżonkiem. Jeśli w tym drugim związku są dzieci, wówczas poczucie odrzucenia może być jeszcze silniejsze. Ilustruje to opowieść 12–letniej dziewczynki:

Tatuś opuścił dom trzy tygodnie przed tym, gdy powiedział mi, że zamierza poślubić tę kobietę. Zaczął mi pokazywać zdjęcia jej dzieci — chłopca i dziewczynki, tylko trochę młodszych ode mnie. Chyba myślał, że mnie, jedynaczkę, która długo była samotna, to ucieszy. A ja — w restauracji, w której byliśmy – zaczęłam płakać i krzyczeć na niego. Jak mógł mi to zrobić? Nigdy nie nosił moich zdjęć w portfelu. To nie było w porządku. Opuszczał mnie dla nich.

Takie poczucie opuszczenia można w dużym stopniu zredukować, jeśli rodzic opuszczający dom będzie miał częsty kontakt z dzieckiem w pierwszym okresie separacji. W tym czasie jest zwykle najwięcej konfliktów między rodzicami i prawdopodobnie niewielki kontakt z tym z nich, które opuściło dom.

Dla dobra dzieci rodzice powinni wówczas ogłosić rozejm. Oznacza to, że należy zrobić wszystko, by mieć kontakt z wszystkimi członkami rodziny. Trzeba się o to starać, bo nie stanie się to w sposób naturalny. Same rozmowy telefoniczne także nie pomogą. Dziecku potrzebna jest rzeczywista fizyczna obecność, żeby przezwyciężyć poczucie opuszczenia.

Kiedyś zorganizowałem matce, która opuściła dom, możliwość przychodzenia do niego każdego ranka, by mogła zjeść śniadanie ze swoją 13–letnią córką. Jej mąż wychodził wcześniej do pracy i w ten sposób umożliwiał matce i córce spędzenie wspólnej godziny przed pójściem do szkoły. Matka mogła uporządkować rzeczy córki, zaplanować jej dzień i zająć się innymi sprawami, którymi się zajmowała wcześniej. Trwało to trzy miesiące, a potem stopniowo ograniczaliśmy częstotliwość porannych spotkań na rzecz innych form kontaktu. Głęboko wierzę, że miało to wpływ na zredukowanie poczucia opuszczenia u córki.

Etap 3: Samotność i smutek
Wcześniej czy później dochodzi do głosu poczucie zupełnego osamotnienia i izolacji. Wszystko wydaje się spokojniejsze i dzieci odnoszą wrażenie, że mają dużo więcej czasu niż kiedyś. Dzieje się tak, ponieważ normalna rodzinna aktywność jest wyciszana. Nie ma już stałych godzin posiłków ani regularnych rodzinnych wyjść. Nawet konflikt, który przepełniał atmosferę domu, zniknął i pozostawił pustkę. Zamieszanie panujące dookoła jest mniejsze i jego miejsce zajmuje samotność.

Niektóre dzieci są zaskoczone faktem, że po raz pierwszy w swoim życiu odczuwają głęboki smutek. Objawia się to bólami żołądka i uciskiem w klatce piersiowej. Dzieci przestają się zajmować hobby. Nie zwracają uwagi na ukochane dotąd zwierzaki. Czują mniejszy zapał do robienia czegokolwiek. Mają kłopoty z jedzeniem. Większość dzieci przestaje się interesować szkołą i spotykać się z przyjaciółmi. Snują się z kąta w kąt z nieszczęśliwą miną. Depresja bierze górę.

Na tym etapie dzieci spędzają dużo czasu na rozmyślaniach. W rzeczywistości to właśnie może być przyczyna ich smutku. Częściowo są to bowiem marzenia na jawie — dzieci wyobrażają sobie, że rodzice znów będą razem i wszelkie kłopoty znikną. Czasem prowadzi to do jeszcze większego smutku i wywołuje napady płaczu.

Nie powinno się odwodzić dzieci od płaczu. Rodzice powinni unikać zawstydzania dzieci i wprawiania ich w zakłopotanie w związku z płaczem. To ważny sposób uwolnienia smutku odczuwanego przez dzieci. Płacz pełni istotną fizjologiczną funkcję w przezwyciężaniu smutku i depresji.

Charakterystyczne dla naszej kultury jest to, że cenimy zdolność tłumienia uczuć. Większe przyzwolenie na płacz byłoby prawdopodobnie zdrowsze dla nas zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Jezus rozumiał znaczenie łez, a nawet sam płakał. Przypominam Jego słowa z Ewangelii według św. Łukasza: „Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie” (6,21). Jezus mówi nam po prostu: Płacz przygotowuje drogę do przyszłej radości!

Etap 4: Frustracja i złość
Zaraz po smutku pojawiają się uczucia frustracji i złości. Dzieci rozwiedzionych małżeństw chcą przede wszystkim bezpieczeństwa i szczęścia. Pragną także, by wszystko wróciło do normy z czasów sprzed rozwodu. Nie mogą otrzymać tego, czego chcą, ich potrzeby są blokowane lub niedostrzegane. Jeśli tak się dzieje, dzieci doświadczają głębokiej frustracji, która następnie rodzi złość.

Związek między złością a frustracją to ciekawe zjawisko. Złość jako reakcja na frustrację jest prymitywnym sposobem pokonania niemożności realizacji pewnych celów lub pragnień. Dzieci doświadczające wszystkiego, co związane z rozwodem, nie mogą zrealizować wielu celów i pragnień, naturalne jest więc, że pojawia się złość. Kłopot w tym, że złość nie pomaga w przezwyciężeniu przeszkód. Decyzje bowiem zapadają poza obszarem, na który dziecko ma wpływ, i nawet największa złość ze strony dziecka niczego nie może zmienić, dlatego daje skutek przeciwny do zamierzonego, i często dziecko uwewnętrznia ją, co może być powodem wielu szkód.

Pewien 14–letni chłopiec z rodziny, dla której pracowałem, poszedł do warsztatu swojego ojca i zranił się głęboko w nogę dłutem. „Sprawdzałem tylko, czy jest ostre” — tłumaczył. Jednak głębokość rany i fakt, że zrobił to rozmyślnie, jasno wskazywały, że zranienie siebie samego było jedynym sposobem, w jaki ów chłopak mógł wyrazić frustrację i złość na ojca. Był za mały, by wyładować się fizycznie na ojcu, wyładował się więc na samym sobie.

W wypadku dzieci doświadczonych przez rozwód rodziców złość stanowi większy problem związany z przystosowywaniem się do sytuacji. W tym momencie zwrócę tylko uwagę na to, że uczucie złości musi być akceptowane jako normalny etap w procesie przystosowywania się do rozwodu. Nie reaguj na to uczucie złością. Zaognisz bowiem tylko sprawę i wywołasz jeszcze większą złość.

Złość ze strony dzieci musi być odbierana w sposób naturalny i należy zapewnić, że rodzic rozumie, dlaczego się tak zachowują i nie wini ich za to. Stwierdzenie w stylu: „Nie wolno ci się złościć”, nic nie pomoże, dzieci mają prawo być rozzłoszczone! Trzeba im pomóc w poradzeniu sobie z tym uczuciem. „Powiedz mi, jak bardzo jesteś zły” — to zaproszenie do otwartości i dużo lepsze podejście do sytuacji.

Etap 5: Odrzucenie i uraza
Frustracja i złość otwierają drogę poczuciu odrzucenia i urazy, zwłaszcza w stosunku do rodziców. Dziecko niekoniecznie pozbywa się już uczucia złości, ale zajmuje ono dalsze miejsce.

Kiedy mamy do czynienia z tym etapem, dziecko odsuwa się i tworzy pewien emocjonalny dystans między sobą a rodzicem. Dlaczego to robi? Są dwa powody: zabezpiecza to je w pewnym stopniu przed przyszłym emocjonalnym cierpieniem oraz jest sposobem ukarania ojca lub matki za to, co się stało.

Odrzucenie może przyjąć postać dąsania się, nieodzywania się do rodziców. Dziecko nie przychodzi, jeśli się je woła, i nie odpowiada, gdy się je pyta. Proszone o coś nie robi tego lub po prostu „zapomina”. Starsze dzieci mogą się odnosić bardzo krytycznie do otoczenia, zwłaszcza do sióstr i braci. „Ta sukienka jest okropna” albo „Nie podoba mi się twoja fryzura” — tak często zwracają się chłopcy do swoich sióstr i matek.

Dziewczęta stosują inne metody. Żeby dopiec swoim ojcom, robią niepochlebne porównania. „Ojciec Mary zabiera ją zawsze na weekend” albo „Sara mówi, że jej tata nigdy na nią nie krzyczy”. Dzięki temu dziewczyna może wyrazić głęboko ukryte urazy.

Wszyscy ludzie mają skłonność do postępowania znanego jako „formowanie reakcji przeciwnych” i pomocne jest, jeśli rodzice to rozumieją. Gdy nienawidzimy kogoś, ale czujemy się winni i nie możemy tego wyrazić, uczucie nienawiści przekształcamy w uczucie miłości, które jest bardziej akceptowane. Inaczej mówiąc, formujemy reakcję na coś, czego nie lubimy w samych sobie, przez przekształcenie w coś przeciwnego. Problem polega na tym, że miłość, która zastępuje nienawiść, może być tylko powierzchowna. Czasem jest to jednak jedyny sposób, w jaki możemy sobie poradzić z naszą nieakceptowalną nienawiścią.

Formowanie reakcji przeciwnych działa też na odwrót. Gdy bardzo pragniemy miłości, ale obawiamy się, że możemy zostać odrzuceni, odwracamy owo pragnienie miłości i zaczynamy okazywać nienawiść.

Obie te reakcje są typowe dla dzieci przeżywających rozwód rodziców. Nienawidzimy rodziców, ale nie potrafimy stanąć twarzą w twarz z tą nienawiścią, udajemy więc, że kochamy. Lub też odwrotnie: pragniemy być kochani w okresie rozpadu rodziny, ale boimy się odrzucenia, przekształcamy więc miłość w nienawiść.

Dzieje się tak często, gdy dzieci przechodzą etap odrzucenia i urazy. Odpychają rodziców, gdy tak naprawdę chcą, by je przytulić, albo mówią okropne rzeczy, choć chcą być kochane. Dzieci w ten właśnie sposób bronią się przed odrzuceniem.

Mądry rodzic zrozumie właściwie to zachowanie: jako desperackie dążenie do bycia kochanym. Nie zniechęcajcie się pełnymi nienawiści zachowaniami dzieci.

W podobny sposób zachowywała się pewna 9–letnia dziewczynka, której mama opuściła swego męża. Miała zwyczaj wpadać do sypialni matki i wykrzykiwać: „Nienawidzę cię, nienawidzę cię”. Gdy matka próbowała ją przekonywać, córka wychodziła z pokoju. Matka czuła się zdezorientowana: „Jeśli teraz nienawidzi mnie tak bardzo, co będzie czuła, gdy dorośnie?” — pytała.

Uspokoiłem ją i wyjaśniłem, na czym polega „formowanie reakcji przeciwnych”. „Proszę nie zwracać uwagi na to, co mówi córka, ale dostrzec w jej zachowaniu desperackie wołanie o miłość i dodanie otuchy” — mówiłem. — „Proszę objąć ją i przytulić, a jeśli będzie chciała się wyrwać, proszę ją delikatnie przytrzymać” — poradziłem.

Matka zastosowała się do moich rad. Dziecko szarpało się, krzyczało i kopało, a matka trzymała ją delikatnie w ramionach i powtarzała: „Kocham cię, Jeannie, kocham cię, Jeannie”. Stopniowo złość ustępowała i dziecko przestawało się bronić.

Początkowo leżało w jej ramionach bezwładnie, ale później zaczęło odwzajemniać jej uścisk i przytuliło się do niej. Matka nauczyła się czegoś ważnego: dzieci nie zawsze myślą to, co mówią, i często mówią coś zupełnie przeciwnego temu, co chciałyby powiedzieć.

Etap 6: Odbudowanie zaufania
Ostatni etap, na którym następuje odbudowanie zaufania, daje poczucie wolności. Gdy przychodzi, mamy wrażenie, że do dusznego i zadymionego pokoju wpadło świeże powietrze. Jak dużo czasu upływa od momentu, gdy zaczyna się toczyć sprawa rozwodowa, do chwili, gdy następuje ostatni etap? Zależy to od konkretnych okoliczności.

Wpływa na to wiele czynników. Czas, który musi upłynąć, by nastąpiło uzdrowienie sytuacji, zależy od charakteru małżeńskiego konfliktu, wieku i osobowości dzieci, od tego, jak rodzic radzi sobie z pojawiającymi się problemami, i od tego, jak rodzice odnoszą się do siebie. Może więc upłynąć kilka miesięcy lub lat — a czasem zajmuje to wiele lat.

Jak powinni postępować rodzice, by uczucia dziecka wróciły do normy możliwie jak najszybciej? Oto kilka zasad, które powinny wpłynąć znacząco na przyśpieszenie tego procesu:

Spróbuj nie być pochłonięty tylko przez własne uczucia
W trudnym okresie separacji i rozwodu bardzo łatwo być niewrażliwym na uczucia własnych dzieci. Znajdź więc dla nich czas. Wybierz porę dnia lub wczesnego wieczoru, kiedy będziesz się mógł skupić na tym, co mają ci do powiedzenia. Pozwoli ci to zobaczyć własne uczucia we właściwej perspektywie, a także da dzieciom szansę, by zrozumiały swoje uczucia.

Daj czas na uleczenie
Rozwód to nie pora na bycie impulsywnym i oczekiwanie szybkiego zaradzenia problemom. Twoje dziecko potrzebuje czasu na przeżycie ważnych spraw, powinieneś więc być cierpliwy. Proś Boga o cierpliwość i zrozumienie tego, co musi się zdarzyć, nim nastąpi całkowite uleczenie. Jeśli sprawia ci to kłopot, poproś o pomoc w przykościelnej poradni rodzinnej lub zwróć się do innego specjalisty.

Zapewnij stabilną sytuację w domu
Jeśli to tylko możliwe, pozostaw dzieci w domu, w którym dotąd mieszkały, zapewnij możliwość uczestniczenia w dotychczasowych zajęciach, chodzenia do tej samej szkoły i zabawy z tymi samymi kolegami. Im mniej zmienisz, tym lepiej. Wystarczy, że dzieci muszą się przyzwyczaić do tego, do czego muszą się przyzwyczaić! Zmian można dokonać na późniejszym etapie, gdy wszystko inne już się ustabilizuje.

Nie ustawiaj się na pozycji obronnej
Bez wątpienia będziesz się czuć winny z powodu rozwodu, a w związku z tym będziesz mieć silną potrzebę bronienia samego siebie. Ustawianie się na pozycji obronnej prowadzi do jeszcze większych konfliktów. Szczególnie musisz zwrócić uwagę na to, by nie atakować byłego małżonka w związku z tym, jak ten postępuje. Działając w ten sposób, wywołujesz bowiem stan napięcia u dzieci, które muszą zadbać o zachowanie spokoju między rodzicami i nie powinny być zmuszane do stawania po niczyjej stronie. Zaufaj poczuciu sprawiedliwości swojego dziecka. Ono wie lepiej niż ty, kogo należy winić i jaką część winy należy przypisać każdemu z rodziców. Jesteś zraniony, więc nie jesteś w stanie sprawiedliwie ocenić sytuacji. Pozostaw to Bogu, który wie wszystko.

 [1] 

Powrót

Konstytucja soborowa o Kościele w świecie współczesnym wprowadza nas w zagadnienie godności osoby ludzkiej: „Kim jednak jest człowiek? Przedstawiał on i przedstawia wiele różnych, a nawet sprzecznych opinii o sobie samym, w których często albo uważa siebie za normę absolutną, albo deprecjonuje się aż poza granice rozsądku, stając się przez to niezdecydowany i lękliwy. Kościół, wyraźnie dostrzegając te problemy, może przynieść na nie odpowiedź, pouczony przez Boże Objawienie, które prawdziwie opisuje kondycję człowieka, wyjaśnia jego słabości, a równocześnie umożliwia właściwe poznanie jego godności i powołania. Pismo święte poucza, że człowiek został stworzony „na obraz Boży”, jako zdolny do poznania i pokochania swojego Stworzyciela, ustanowiony przez Niego panem nad wszystkimi stworzeniami ziemskimi, aby rządził i posługiwał się nimi, sławiąc Boga”.
„Bóg nie stworzył jednak człowieka jako istoty samotnej: albowiem od początków „stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1, 27), a ich związek tworzy pierwszą formę wspólnoty osób. Człowiek bowiem z głębi swej natury jest istotą społeczną i bez kontaktów z innymi nie może ani żyć, ani rozwijać siebie samego i swoich uzdolnień”.
O tę wielką godność człowieka troszczy się Bóg, Jezus Chrystus, gdy w Ewangelii pokazuje człowiekowi, jak żyć i po co żyć. Bo człowiek wskutek ograniczeń naturalnych, grzechu i wad łatwo błądzi i szuka często szczęścia tam, gdzie w ostateczności znajduje gorycz. Dlaczego człowiek nie dowierza Chrystusowi, Ewangelii, Kościołowi?



Książkę poleca Wydawnictwo:



Do Chrystusa z pytaniami przyszli faryzeusze. W Księdze Powtórzonego Prawa powód do rozwodu został niezbyt jasno sformułowany: „Jeżeli mężczyzna poślubi kobietę i zostanie jej mężem, lecz nie będzie jej darzył życzliwością, gdyż znalazł u niej coś odrażającego, napisze jej list rozwodowy, wręczy go jej, potem odeśle ją od siebie” (Pwt 24, l).
Szkoły rabinackie różnie tłumaczyły to „coś odrażającego”. Jedna szkoła twierdziła i dopowiadała, że wystarczy jakakolwiek przyczyna, nawet źle przygotowany posiłek. Druga bliższa właściwej interpretacji Prawa to „coś odrażającego” widziała w cudzołóstwie. Pierwsza szkoła rabbi Hillela, który słynął z łagodności, mocno krzywdziła kobietę. Kobieta mogła być w praktyce przedmiotem pogardy, lekceważenia, poniżenia, namiętności czy zwyczajnego egoizmu. Jej życie zależało od kaprysu męża. Żyła w ciągłym zagrożeniu, że może być odesłana. Pewną obroną był wniesiony majątek. Druga szkoła rabbiego Szammaja też praktycznie była po stronie męża.
Chrystus nie dał się wciągnąć w spory. Sięgnął do samego źródła, do pierwotnej myśli Bożej zanotowanej w Księdze Rodzaju. „Czy wolno mężczyźnie rozwieść się z żoną z jakiegokolwiek powodu? On odpowiedział: Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku uczynił ich jako mężczyznę i kobietę? I oznajmił: Dlatego mężczyzna opuści ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. Tak więc już nie są dwoje, lecz stanowią jedno. Co zatem Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” (Mt 19, 3-6).
Gdy ludzie zawierają związek małżeński na kształt przymierza, ten związek staje się nierozerwalny i pobłogosławiony przez Boga. „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Małżeństwo określamy dzisiaj jako wspólnotę życia i miłości, to znaczy taką, która z samej natury jest nierozerwalna. Chrystus, który wrócił do pierwotnego zamysłu Boga, chce nadać ludzkiej miłości trwałość i wielkość. Daje jej równocześnie siłę sakramentalną, żeby mogła przetrwać również trudności.
Jezus wystąpił w obronie kobiety, jej godności. Nie jest dobrze, gdy małżonkowie biorą pod uwagę możliwość rozejścia się lub myśli o tym przynajmniej jedna strona. Jest to zaprzeczenie świętości sakramentu, a więc grzech a jednocześnie głęboka niedojrzałość i brak odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Faryzeusze pytali dalej Chrystusa: „To dlaczego Mojżesz pozwolił dać żonie list rozwodowy i się rozwieść? Odpowiedział im: Mojżesz pozwolił wam na rozwód z powodu zatwardziałości waszych serc. Na początku jednak tak nie było” (Mt 19, 7-8).
Chrystus nie tylko wyjaśnia, ale jasno wytycza granice i unieważnia prawo, które dozwalało rozwód w Starym Testamencie. Wspomniany przepis Mojżeszowy był ustępstwem, który zrobił Mojżesz z powodu zatwardziałości serc Izraelitów, z powodu narosłych złych obyczajów w ciągu ich historii. Okoliczne ludy, w tym również Izrael daleko odeszły od pierwotnej myśli Bożej. Poligamia była ówcześnie dosyć powszechna.
Bóg wchodził ze Swoim prawem w sytuacje ówczesnych praw i zwyczajów barbarzyńskich, aby lud wychować i podprowadzać do przyjęcia Bożych myśli. Takim przykładem są m.in. ówczesne prawa wojny czy prawa zemsty. Ale człowiek Pana Boga nie rozumie i łatwo oskarża. Do wszystkiego trzeba ciągle dorastać. Dorastać duchowo do przyjmowania w pełni Bożych zamysłów i życzeń. Bóg w Starym Testamencie pokazuje praktycznie Swoją myśl. Księgi mądrościowe przybliżają wartości duchowe, radości i kłopoty rodzin monogamicznych, a takie również były w Izraelu (np. rodzina Tobiaszów). Jak wiara i modlitwa pomagają żyć w wierności dla Bożego Prawa.
Czy w Nowym Testamencie nie ma żadnych wypowiedzi Chrystusa, które by pozwalały na rozwód? Najstarszym tekstem w tej materii jest List św. Pawła do Koryntian. „Tym natomiast, którzy trwają w związku małżeńskim, nakazuję nie ja, lecz Pan: Żona niech nie odchodzi od męża. A jeśliby odeszła, winna pozostać niezamężna albo pojednać się z mężem. Mąż również niech nie rozwodzi się z żoną” (1 Kor 7, 10-11). Świadectwo św. Pawła powołujące się na Pana Jezusa dotyczy nierozerwalności małżeństwa. Natomiast nieco dalej mamy tzw. „przywilej Pawłowy”, odnoszący się do małżeństw nieochrzczonych, po nawróceniu jednej ze stron. „Jeżeli natomiast niewierzący chce odejść, niech odejdzie. W takich przypadkach nie jest niewolniczo skrępowany ani brat, ani siostra” (1 Kor 7, 15). Chodzi tutaj o sytuację, która uniemożliwia wspólne życie małżonków.
Podług egzegetów, to św. Łukasz przekazał słowa Jezusa w formie najbardziej pierwotnej: „Każdy, kto oddala swoją żonę i poślubia inną, cudzołoży, a kto żeni się z oddaloną przez męża, też cudzołoży” (Łk 16, 18). Gdy chodzi o wierność małżeńską, oboje małżonkowie ponoszą jednakową odpowiedzialność. Św. Marek przytacza identyczne słowa, co św. Łukasz, jedynie św. Mateusz podaje jeden warunek „Każdy, kto oddala swoją żonę, poza przypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo, a kto oddaloną poślubia, cudzołoży” (Mt 5, 32). Mateusz pisał Ewangelię dla Żydów. To był jego komentarz. Zasady nierozerwalności nie można podważać, bo trzeba brać pod uwagę wszystkie wypowiedzi Pisma świętego na ten temat. Należy przyjąć, że Mateuszowa uwaga nie odnosi się do rozwodu, lecz jedynie do separacji małżonków.
Co może oznaczać u św. Mateusza ów „nierząd”? W narodzie żydowskim były tak określane małżeństwa zawarte niezgodnie z Prawem, to znaczy między bliskimi krewnymi lub gdy jedna ze stron była pogańska. Był to po prostu konkubinat. Przed taką formą życia przestrzega również dekret Soboru Jerozolimskiego (por. Dz 15, 28-29).
Separację wprowadza dopiero chrześcijaństwo. Chrześcijańskie małżeństwo jest nierozerwalne, jest sakramentem i dopiero śmierć daje wolność drugiej stronie. „Małżeństwo zawarte i dopełnione nie może być rozwiązane żadną ludzką władzą i z żadnej przyczyny, oprócz śmierci”, mówi obecne Prawo kościelne.
Dla katolików związek cywilny reguluje tylko cywilno — prawne aspekty małżeństwa. Kościół nie uznaje rozwodów cywilnych, stąd naucza jasno: chrześcijaninowi nie wolno występować o rozwód ani wyrazić zgody na niego. Jeżeli to się dzieje bez jego zgody albo mimo wyraźnego sprzeciwu — jest niewinny. Jeżeli ktoś to rozumie jako formę separacji, bo np. mąż jest pijakiem czy awanturnikiem — to można to przyjąć. Jeżeli ktoś sam wniósł pozew o rozwód, jeżeli ktoś sam jest winien rozpadu — to moralnie nie można go usprawiedliwiać. Najpierw ta osoba powinna naprawić krzywdy i zadośćuczynić. Podjąć wysiłek pojednania, jeżeli to jest jeszcze możliwe. Osoba trzecia, np. matka, która doprowadza do rozbicia małżeństwa dzieci, ponosi ciężką winę i zobowiązana jest do naprawy.
Rozpad małżeństwa dokonuje się wbrew woli Bożej i wypływa z przyczyn ludzkich, z ludzkiej małości, winy czy głupoty. Najczęściej niszczą więź małżeńską następujące wady: egoizm, agresywność, zarozumiałość i lenistwo. Innym czynnikiem jest brak wiary. Wiara słaba, ale przede wszystkim płytka. Wtedy wszystko, co prezentuje religia, wydaje się być martwą literą. Przykazania Boże wydają się zbyt surowe, trudne i nieludzkie. Traktuje się je wyłącznie jako ograniczenia ludzkiej wolności, jak każde inne ludzkie prawo. Innym negatywnym czynnikiem, który ułatwia podejmowanie decyzji rozwodu cywilnego jest atmosfera, która sprzyja lekkomyślności w zawieraniu małżeństwa czy kusi zbyt łatwym rozwodem. Ile małżeństw udałoby się uratować, gdyby panował inny duch i pomoc w pokonaniu kryzysów i pierwszych poważnych trudności.
„Coraz więcej jest takich wypadków, że katolicy ze względów ideologicznych lub praktycznych wolą zawrzeć tylko ślub cywilny, odrzucając lub przynajmniej odkładając ślub kościelny. Sytuacji tych ludzi nie można stawiać na równi z sytuacją tych, którzy współżyją bez żadnego związku, tu bowiem istnieje przynajmniej jakieś zobowiązanie do określonej i prawdopodobnie trwałej sytuacji życiowej, chociaż często decyzji tej nie jest obca perspektywa ewentualnego rozwodu... Mimo to, również i ta sytuacja nie jest do przyjęcia przez Kościół”. Nie można tych ludzi dopuszczać do sakramentów świętych. Troską Kościoła jest skłonić ich do zawarcia małżeństwa.
Inną kategorię stanowią osoby żyjące w separacji i rozwiedzeni, którzy nie zawarli nowego związku. Kościół uważa separację za środek ostateczny. „Samotność i inne trudności są często udziałem małżonka odseparowanego, zwłaszcza gdy nie ponosi on winy. W takim przypadku wspólnota kościelna musi w szczególny sposób wspomagać go; okazywać mu szacunek, solidarność, zrozumienie i konkretną pomoc, tak aby mógł dochować wierności także w tej trudnej sytuacji, w której się znajduje; wspólnota musi pomóc mu w praktykowaniu przebaczenia”. Kościół powinien zachęcać do pogodzenia się z małżonkiem i nie robić trudności w dopuszczeniu do sakramentów świętych.
Kościół w żadnym wypadku nie może udzielić rozwodu. Jedynie na drodze procesowej może stwierdzić, że nie doszło do zawarcia ważnego małżeństwa. Wtedy mówimy o orzeczeniu nieważności małżeństwa z powodu zaistniałych wcześniej przeszkód, które od początku czynią ten związek nieważnym. Musi to być w pełni udowodnione.
Kolejną grupę stanowią rozwiedzeni, którzy zawarli nowy związek. Dokument papieski zauważa: „Codzienne doświadczenie pokazuje, niestety, że ten, kto wnosi sprawę o rozwód, zamierza wejść w ponowny związek, oczywiście bez katolickiego ślubu kościelnego”. Tym katolikom, którzy się rozwiedli i zawarli nowy związek nie można udzielać sakramentów świętych. Wielu z nich nie dostrzega potrzeby pojednania się z Bogiem. Wszystkim Kościół przypomina, że ich zbawienie wieczne jest zagrożone. Kościół nie jest właścicielem źródeł łaski, dlatego nie może dopuszczać samowolnie do życia sakramentalnego tych, którzy żyją niezgodnie z Prawem Bożym. Kościół głosi im potrzebę pokuty, nawrócenia i modli się za nich. Pogodzenie się z Bogiem to nie jest sprawa zmiany takich czy innych przepisów zewnętrznych. To jest duchowa przemiana i potrzeba, oraz chęć naprawy.
Jest różnica pomiędzy tymi, którzy szczerze usiłowali ocalić pierwsze małżeństwo i zostali niesprawiedliwie porzuceni, a tymi, którzy z własnej winy zniszczyli małżeństwo. Są tacy, którzy ze względu na wychowanie dzieci, zawarli nowy związek, często będąc przekonani w sumieniu, że tamto małżeństwo nie było ważne. Osoby takie nie mogą być dopuszczone do Komunii świętej. Istnieje jedynie możliwość, że ci, którzy żałując za to, co się z ich winy stało, nie mogą uczynić zadość obowiązkowi rozstania się, „postanawiając żyć w pełnej wstrzemięźliwości, czyli powstrzymać się od aktów, które przysługują jedynie małżonkom”.
Ze strony wierzących, ze strony duchowieństwa jest wiele do naprawienia, gdy chodzi o postawę wobec rozwiedzionych. Są to wypadki złego traktowania takich ludzi, pomijania czy okazywania pogardy. Ci ludzie czują się często osamotnieni, odtrąceni w ich mniemaniu od Boga i Kościoła. Nierzadko spotyka się u nich głód Boga, sakramentów świętych. Wszystko w świątyni ich drażni i rani, bo czują się odłączeni. Im trzeba pomóc.
Czytając ankiety małżeństw niesakramentalnych uderzyło mnie kilka rzeczy. Wszyscy niemal mówią: „Kościół powinien..., Kościół jest zbyt rygorystyczny...”. Rzadko kto dostrzega tutaj Boże Prawo, rzadko kto je rozumie. Jednocześnie ogromna większość odczuwa potrzebę i głód Eucharystii i sakramentu pokuty. Potrzebę wyrzucenia przed kimś swoich win. Niektórzy wysuwają zarzuty, że Kościół nie dopuszcza ich do sakramentów, chociaż ich obecne małżeństwo jest dobrze przeżywane i postępują uczciwie, podczas gdy małżonkowie sakramentalni źle żyją i popełniają przestępstwa. Zarzucają, że Kościół daje rozgrzeszenie bandytom i przestępcom, a im nie daje. To prawda, że grzech może i łaskę Bożą podeptać. Kościół od wszystkich z nakazu Jezusa Chrystusa wymaga szczerego nawrócenia i zerwania ze złem.
„Razem z Synodem — pisze Jan Paweł II — wzywam gorąco pasterzy i całą wspólnotę wiernych do okazania pomocy rozwiedzionym, do podejmowania z troskliwą miłością starań o to, by nie czuli się oni odłączeni od Kościoła, skoro mogą, owszem, jako ochrzczeni powinni uczestniczyć w jego życiu. Niech będą zachęcani do słuchania Słowa Bożego, do uczęszczania na Mszę świętą, do wytrwania w modlitwie, do pomnażania dzieł miłości oraz inicjatyw wspólnoty na rzecz sprawiedliwości, do wychowywania dzieci w wierze chrześcijańskiej, do pielęgnowania ducha i czynów pokutnych, ażeby w ten sposób z dnia na dzień wypraszali sobie u Boga łaskę. Niech Kościół modli się za nich, niech im dodaje odwagi, niech okaże się miłosierną matką, podtrzymując ich w wierze i nadziei”.
Trzeba pomagać małżonkom niesakramentalnym w głębszym rozumieniu wartości udziału w eucharystycznej Ofierze Jezusa Chrystusa. Podpowiedzieć im udział w komunii duchowej. Wskazać drogę modlitwy, medytacji Słowa Bożego, dzieł miłosierdzia i sprawiedliwości. Nie utrudniać chrztu dzieci (co niestety jeszcze się zdarza wśród księży), jeżeli rodzice chcą je po katolicku wychować. Dzisiaj myślimy również o dopuszczeniu takich osób w niektórych wypadkach na rodziców chrzestnych, oczywiście jeżeli żyją dostatecznie blisko Kościoła.
Kościół nie chce nikogo wykluczyć. Bóg nikogo nie opuszcza. „Kościół z ufnością wierzy, że ci nawet, którzy oddalili się od przykazania Pańskiego i do tej pory żyją w takim stanie, mogą otrzymać od Boga łaskę nawrócenia i zbawienia, jeżeli wytrwają w modlitwie, pokucie i miłości”.
Trzeba nam wyciągać wnioski z bolesnej sytuacji, gdyż co piąte małżeństwo się rozpada. Konieczna jest zmiana atmosfery i zmiana nastawienia do małżeństwa katolickiego oraz gruntowna pomoc w przygotowaniu narzeczonych. Należy ułatwiać młodym zrozumienie, czym jest sakrament małżeństwa, usuwać źródła niefrasobliwej lekkomyślności nie tylko ze strony młodych, ale nierzadko również ze strony rodziców. Niezbędne jest przede wszystkim formowanie człowieka, walka z wadami od dzieciństwa. Bo zazwyczaj wszystko zaczyna się rozbijać o rzeczy drobne. Wielką winę ponoszą rodzice, zwłaszcza matki, gdy starają się we wszystko ingerować i traktują swoje dzieci jako niedorosłe. Albo bronią wyłącznie swojego dziecka w konflikcie małżeńskim. Oczywistym jest także, że rozwody rodziców nie są przykładem dla dzieci, które stają się rozchwiane moralnie, zwłaszcza uczuciowo, rodzi się w nich głód uczucia i koncentracja na sobie.
Pochopnie podejmowane decyzje rozchodzenia się małżonków są wyrazem zaniku wiary i niezrozumieniem, na czym polega prawdziwa miłość.


 [1] 

Powrót

Może daleko jesteś od Niego
Może zgubiłeś ścieżki Jego ślad.
Może w samotną ruszyłeś drogę
I nie wiesz, że Bóg ciebie zna.

Nie martw się - Bóg ciebie kocha,
On zawsze z tobą jest.
Podnieś swój zmęczony wzrok
I popatrz przed siebie.
Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz.
Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz.

To, co pisze, jest dla mnie, z jednej strony bolesne a z drugiej strony radosne. Odeszłam, w pewnym momencie, od Pana, straciłam najbliższą mi osobę na ziemi, ale otrzymałam bardzo wiele. Otrzymałam Jego miłość. Powiedział do mnie pójdź za mną. Idź i z miłością nieś krzyż dnia codziennego, nie poddawaj się. Idź i głoś moje Słowo. Niezmiernie cieszę się, że nie zamknęłam całkowicie mojego serca dla Pana Jezusa i otworzyłam je w odpowiednim momencie...
Moja droga do chwili obecnej obfituje w wiele wydarzeń: w chwile radości i smutku, upadków i zakrętów, ale właśnie ta droga jest dla mnie obecnością Jezusa Chrystusa. W pewnym momencie mojego życia nie zauważałam Go, a może nie chciałam zauważyć...
Dopiero dziś po wielu latach widzę ile musiałam nad sobą pracować, by powrócić do Pana, bym mogła od nowa Go pokochać i tak jak kiedyś, będąc dzieckiem bezgranicznie Mu ufać.
Przez kilka pierwszych lat mojego życia (odkąd zaczynam cokolwiek pamiętać) żyłam sobie, byłam kochana przez rodziców, przez Pan Jezusa - po prostu byłam szczęśliwa. Chodziłam do kościoła z rodzicami, na spacery z malutkim braciszkiem, przygotowywałam się do pierwszej Komunii Świętej. Byłam radosnym i pogodnym dzieckiem.
Bardzo kochałam i kocham nadal mojego tatusia (nie chce obrazić mamy, ale to On zawsze jakoś był mi najbliższy). Zawsze wiedział, co mi jest. Troszczył się o mnie jak mama leżała w szpitalu rodząc mojego braciszka, zabierał mnie do pracy - jak tylko mógł, bawił się ze mną, chodziliśmy na działkę. Uczył mnie jeździć na rowerze. Wyjeżdżał czasami w tygodniowe trasy i wracając bardzo zmęczony zawsze mi poświęcał choćby pół godzinki - zanim poszedł spać. Kochał mnie tak bardzo.
Mając 9 lat (1996r) przyjęłam Pana Jezusa i bardzo się cieszyłam, razem z moim tatą, z tego, że już Jezus zamieszkał w moim sercu.
Kochający tatuś, mama, mały braciszek, Pan Jezus w serduszku, cóż można było chcieć więcej... Byłam niezmiernie szczęśliwa
Ale niestety, ta radość trwała niewiele...
Pewnego popołudnia - a dokładnie była to wrześniowa niedziela 1996r - przyszła do nas straszna wiadomość... Mój tata zginał w strasznym wypadku samochodowym.
Nie potrafiłam i nie chciałam przyjąć tej wiadomości do siebie. Pamiętam jak nakrzyczałam na pana, który przyszedł nam to powiedzieć - a przecież nie był niczemu winny.
Po chwili zaczęłam krzyczeć nawet na Pan Jezusa i powiedziałam Mu, że już nigdy do Niego nie przyjdę, skoro jest taki okropny. Skoro zabrał mi najbliższą osobę tu na ziemi już mnie nigdy nie zobaczy w kościele i nie będę już Go odwiedzać..... Nawet miałam pretensje do Mateńki, że się nim nie opiekowała. I mówiłam Jej: przecież tatuś zawsze mówił, że się o wszystkich troszczysz, że wszystkich kochasz - a to jest nieprawda. Nie kochasz mnie. Nie kochasz!
Na dodatek dowiedziałam się po śmierci mojego taty, że tydzień po mojej komunii zmarła moja matka chrzestna. To był kolejny cios dla mnie. Nie byłam na jej pogrzebie, bo z tego wszystkiego zapomniała nas jej rodzina powiadomić. Czułam się jeszcze gorzej.
Zbliżały się pierwsze święta Bożego Narodzenia - bez mojego taty. Byłam tak zła na Chrystusa, że nawet nie poszłam Go przeprosić w sakramencie pojednania.
Nie chciałam Go znać. Nie chodziłam do kościoła. Nic i nikt nie był w stanie mnie do tego zmusić abym przekroczyła drzwi Świątyni. Nawet w tym radosnym czasie.
W wigilie usiadłam za stołem, ale nie obchodziły mnie święta. Miałam ich dość i czekałam, kiedy się skończą. Nawet podarunki od najbliższych mnie nie cieszyły. Nie chciałam ich… . Moi bliscy pytali się przed świętami, co chce na święta. Moja odpowiedz brzmiała, że chce do taty, chce z nim być. Nie chce prezentów i tak je wyrzucę.
I tak tez zrobiłam… Wszelkie słodycze i pluszaki oddałam bratu, a ubrania siostrze ciotecznej. Nie chciałam ich, bo dla mnie świąt nie było. Nie cieszyło mnie nic.
Pomimo to, Jezus nie zapomniał o mnie - choć to pewnie ja o Nim zapomniałam.
I tak przez kolejne lata...(a dokładniej od 09. 1996 do 05. 1999)
Gdy mama próbowała mnie namówić na pójście do kościoła, krzyczałam, płakałam i tak stawiałam na swoim - nie szłam.
Nagle coś we mnie pękło. Ciocia (siostra mamy, która mieszka pod Łowiczem) zadzwoniła do nas i pytała się czy chcemy, żeby wzięła dla nas wejściówki na przyjazd Ojca Świętego Jana Pawła II do Łowicza. Mamy odpowiedz zabrzmiała, że tak, ale jedną, bo ja na pewno nie pojadę. Słyszałam tą rozmowę, gdy mama skończyła nie wiem, czemu, ale powiedziałam jej, że też chce jechać na spotkanie z Ojcem Świętym - JP II. Sama nie wiedziałam, czemu to powiedziałam...
Właśnie tego dnia poszłam po raz pierwszy od kilku lat do kościoła. Nie zostałam na mszy, bo to już było by za dużo, ale przeprosiłam Pana Jezusa i Mateńkę. To był cud. Przestąpiłam próg kościoła, uklękłam przed Panem Jezusem i nie wiem, czemu(tzn. wtedy nie wiedziałam) płakałam. Teraz już wiem to były łzy radości, że wróciłam a jednocześnie łzy smutku, że tak późno i po tak długim czasie po raz pierwszy poszłam spotkać się z Panem.
Dużymi krokami zbliżała się pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny. Zaczęłam myśleć o przygotowaniu (bo przecież nie mogłam iść na spotkanie bez prezentu). Miał być najwyższy kapłan na ziemi, Piotr naszych czasów, który chciał razem z nami przeżywać ten niesamowity dar Eucharystii, a ja miałam iść nie przygotowana... Podjęłam decyzje. Poszłam do spowiedzi. Wyszłam inna, czysta, nowa, odmieniona. Na spotkaniu z papieżem przyjęłam Jezusa. To było moje pierwsze pojednanie. On po długim czasie zamieszkał we mnie. To było niesamowite przeżycie.
A w dodatku ten głos po mszy: Pójdź za mną. Moje dziecko wróciłaś, teraz idź za mną.
Ale odrzuciłam te słowa, czym prędzej. Ja mam iść za Zbawicielem... Ja... Taki grzesznik. Nic z tego. Nie ma mowy. Przecież jest tyle oddanych ludzi, niech oni idą...
To był mój pierwszy krok. Zbliżyłam się minimalnie do Pana, ale mu jeszcze nie zaufałam. Jeszcze nie byłam gotowa, aby częściej chodzić do Kościoła. A pyzatym miałam nadzieje, że już nigdy nie usłyszę tych słów...
Po spotkaniu z Ojcem Świętym, tak jak do tej pory nadal nie chodziłam do kościoła, ale zdarzało mi się sięgnąć po Pismo Święte, czy powiedzieć parę słów do Pana.
W kościele po raz drugi pojawiłam się dopiero we wrześniu, na mszy za mojego tatę, a później dopiero w święta Bożego Narodzenia. Ale pomału czułam, że coś zaczyna się we mnie dziać. Zaczęłam doświadczać działającego Boga w moim życiu. Zaczynałam o nim pamiętać jak wstawałam i jak kładłam się spać. Zaczęłam coraz częściej czytać Jego Słowo. Przed świętami Bożego Narodzenia byłam u spowiedzi. Sama siebie nie poznawałam. Następnym razem po świętach Bożego Narodzenia poszłam do kościoła w Środę Popielcową. Na niej postanowiłam, że przyjdę, chociaż na jedną Drogę Krzyżową. Poszłam na pierwszą, drugą, trzecią... i tak aż do świąt Zmartwychwstania. Byłam na rekolekcjach szkolnych. Nie byłam na żadnej mszy w okresie Wielkiego Postu (oprócz Środy Popielcowej), ale Drogi Krzyżowe i rekolekcje, były dla mnie niesamowitym przeżyciem. Zaczęłam utożsamiać się z Jezusem. Zaczęłam myśleć, o tym, co On przeżywał, jak On nas kochał, że oddał za nas Życie.
I przyszły święta. Były one inne od tych dotychczasowych, po śmierci mojego taty. Nie dość, że byłam na Eucharystii w święta, to się do nich w jakiś sposób przygotowywałam.
Po świętach może nie regularnie, ale starałam się przychodzić na niedzielną Msze świętą.
Moje życie stawało się inne. Zaczęłam czuć się kochana przez Jezusa, zaczęłam czuć Jego obecność w moim życiu. Chociaż nadal Mu nie ufałam bezgranicznie.
I przyszedł początek II kl.Gimnazjum. Nauczyciele katecheci zaczęli wspominać o sakramencie Bierzmowania. Ja wiedziałam, że nie mogę jak niektórzy "iść, bo idą inni". Chciałam, żeby to była w pełni świadoma i dojrzała decyzja.
Dałam sobie warunek przed Panem, ale nie zmuszałam siebie do niczego. Postanowiłam spróbować otworzyć się na Jezusa, chciałam mu zaufać. Chciałam naprawdę być przygotowana i dojrzała, do tego niesamowitego sakramentu.
I wtedy się zaczęło... Byłam, na każdej niedzielnej Eucharystii, modliłam się w domu, czytałam jeszcze więcej Pisma Świętego... Czułam, że Pan jest przy mnie, że zaczynam otwierać moje serce na Miłość Chrystusową. I to wszystko z pragnienia bycia bliżej Pana - a nie przymusu.
Zaczęłam uczestniczyć nie tylko w Eucharystii niedzielnej, ale również w dni powszednie. Pamiętałam o codziennej modlitwie, odmawiałam różaniec, koronkę, uczestniczyłam w nabożeństwach.
I przyszła III kl.Gim. Czas prawdziwych przygotowań, min. Spotkań w kościele.
Wiedziałam, że mogę przystąpić do tego niezwykłego sakramentu. Czułam, że naprawdę jestem przygotowana i odmieniona. Czułam obecność Pana.
Gdy bp. namaścił moją głowę, jako pierwszą olejem Krzyżma i wypowiedział słowa: "Przyjmij znamię daru Ducha Świętego", po odejściu od J.E. usłyszałam znowu słowa: Pójdź za mną.
Ten głos powracał z coraz większą siłą. Serce śpiewało z wdzięczności...
Uciekałam od tych słów, ale nadal coś mnie ciągnęło, coś się w sercu budziło, ale nie chciałam tego słyszeć. Tylko nie ja!...
Znowu zaczęłam z nimi walczyć. Tłumaczyłam się, że jest tyle wspaniałych ludzi, podawałam przykłady moich bardzo wierzących koleżanek i pytałam się, czemu ja...
Myślałam, że będę do końca życia z moim ukochanym chłopakiem a pomimo tego, że z nim byłam nadal słyszałam Jego słowa. Rozstałam się z nim w wielkiej przyjaźni, ale nadal walczyłam z tym głosem, który się we mnie odzywał, buntowałam się. Panie Boże - mówiłam - przecież ja się do zakonu nie nadaję, kto by tam ze mną wytrzymał!
Bałam się, czułam się niegodna. Tam pewnie trzeba być świętą, a ja...?
Walczyłam z Nim przez kilka miesięcy. Aż w końcu poddałam się. Oddałam mu się całkowicie i powiedziałam: Zrób z moim, życiem wszystko, co uważasz, za słuszne.
Przecież On powiedział:
"Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał" (J 15, 16).
Jezus zaprasza na ucztę miłości, zwraca się do każdego człowieka: "Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. " (Ap 3, 20). Do wspólnego z Nim ucztowania i świętowania zaprasza dobrych i złych, doskonałych i przeciętnych, wielkodusznych i zalęknionych. Zaprasza na wieczną ucztę w niebie. Nie każe jednak czekać na tę ucztę aż do śmierci, dając obietnicę: Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.
"Tylko On rozumie do końca tajemnicę naszych serc, myśli i marzeń i tylko On potrafi pokochać nas miłością zbawiającą i przemieniającą nas w nowych ludzi: świętych, silnych i szczęśliwych. Dlatego warto słuchać bardziej Boga niż ludzi. Warto też słuchać bardziej Boga niż samego siebie: niż własnego ciała, własnych przekonań, emocji czy marzeń. " (M. Dziewiecki, Dla maturzystów, w: Posłani, aby służyć, Legnica 2003, s. 17)
Nie miałam siły już walczyć. Wydawało mi się, że jak się poddam będę przybita, smutna a było odwrotnie. Byłam radosna, pogodna, spokojna, wyciszona i czułam się wspaniale.
Na mojej drodze stanął ks.Zbigniew. Był moim najpierw spowiednikiem, później kierownikiem duchownym. Rozmowy z nim wiele mi dały. Pozwoliły mi jeszcze bardziej i dogłębniej zrozumieć Słowa Chrystusa. Był przyjacielem i powiernikiem. Prowadził mnie po ścieżkach Pana.
W wakacje 2004 roku poszłam na pielgrzymkę młodzieżową. Ofiarowałam Mateńce moje życie, rodzinę, znajomych. To były pierwsze takie moje rekolekcje (po za rekolekcjami Wielkanocnymi). Rekolekcje w drodze. Pomimo bólu, zmęczenia czułam się niesamowicie.
Coraz bardziej przylegałam do Jego krzyża, coraz bardziej byłam od Niego "uzależniona", ale czułam się coraz lepiej. Jego Miłość była nareszcie we mnie. Zaczął stawać się moją pasją, radością i życiem.
Później (2005r) dziwnym zbiegiem okoliczności trafiłam do Zgromadzenia Sióstr... Na początku zastanawiałam się ca ja tam robie... Dlaczego ja tu przyjechałam... Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. W życiu nie przypuszczałam, że dobrowolnie pojadę do zakonu.
Pan mną kierował.
Poszłam do kaplicy i … to było to. Czułam się jak w domu. Jak bym wróciła do domu rodzinnego po długiej nieobecności... Po raz kolejny, właśnie tam usłyszałam słowa: Pójdź za mną.
Wtedy właśnie zrozumiałam, że moje Życie jest przy Panu Jezusie.

 [1] 

Powrót

Mam 44 lata. Pochodzę z rodziny katolickiej. Tylko, że z takiej, w której nigdy nie widziałam w domu rodziców wspólnie klęczących i modlących się, w której ja jako dziecko miałam obowiązek chodzić na niedzielną Mszę Św. i modlić się także za rodziców, którzy "odpoczywają", a także uczęszczać na rekolekcje. Zaproszeń na rekolekcyjne spotkania dla dorosłych rodzice nie przyjmowali, bo "byli zmęczeni po pracy".
Już jako dziecko przeżywałam "dotknięcia Boga". Znajdowałam urok w nabożeństwach różańcowych, majowych i nieszporach, które jeszcze wtedy powszechnie odprawiano. Mój tato przez kilka lat pływał. Po którymś z powrotów z rejsów, kiedy zorientował się, że mam w szkole kłopoty z matematyką zabronił mi codziennego uczęszczania do kościoła, twierdząc, że robię "to" specjalnie, żeby się nie uczyć matematyki. Tak więc wieczory zamiast w kościele zaczęłam spędzać bezsensownie w domu, bezskutecznie próbując opanować z matematyki coś więcej niż tzw. regułki. Było to nader męczące i w efekcie przyczyniło się do tego, że do wieczornej modlitwy już nie chciało mi się klękać.
Stąd już był malutki tylko krok do tego, aby nie modlić się wcale. Niesamowite! Nie modliłam się i nic takiego się nie stało! Poczułam się taka dorosła jak moi rodzice. Kiedyś moja o osiem lat młodsza siostra zapytała mnie, kiedy ona będzie taka duża, żeby modlić się na leżąco. Miałam 17 lat, kiedy zdałam maturę. Potem podjęłam studia z dala od domu rodzinnego. Kiedy byłam w klasie maturalnej zauważyłam, że mama klęka do modlitwy, uczęszcza nie tylko na niedzielne Msze Św., ale i na rekolekcje oraz inne nabożeństwa.
To był ten szczególny czas, kiedy śp. Karol Wojtyła został wybrany na tron papieski, szczególny czas przemian w Polsce. Z pewnością wiele serc uległo wtedy przemianie. Z czasem żywą wiarę zaczął dzielić z mamą tata. Codziennością Ich stało się wspólne klękanie do modlitwy, co trwa do dzisiaj.
A ja? Ja wyruszyłam w swoją dorosłość na studia daleko od rodzinnego miasta. Kiedy przyjeżdżałam do domu zawsze chodziłam na niedzielne Msze Św., żeby nie robić rodzicom przykrości, ale każda godzina w kościele to była dla mnie męczarnia. Wtedy uważałam, że rodzicom "na starość coś się porobiło". Ja miałam swój barwny świat pełen ziemskich sukcesów niemal na każdym kroku. I choć praktycznie nigdy nie zwątpiłam w istnienie Boga, to "pozdrawiałam Go" z daleka, dziękując, że choć trzymam Go na dystans pozwala mi na te wszystkie sukcesy i na polu naukowym i na polu damsko-męskim i na każdym innym.
Bóg był wytrwały i nie pozwalał o sobie zapomnieć. Nie miał ochoty być wciąż na marginesie mojego życia. Przyjmowałam Go z radością, przez jakiś czas stawał się kimś naprawdę ważnym w moim życiu, po to, by za czas jakiś znowu zostać zepchnięty na margines. Boże mój, jak ja Ci dziękuję za Twoją cierpliwość! Przez ostatnie dwadzieścia lat mój kontakt z Panem Bogiem to była nieustanna sinusoida: od wielkich wzlotów, uniesień, cudownych dowodów łaski i miłości do druzgocących upadków i bolesnych zranień. Wiary w zasadzie nigdy mi nie zabrakło; zabrakło mi natomiast wierności.

Moje życie układało się całkiem przeciętnie w tym sensie, że nie obfitowało w jakieś nadzwyczajne szczęścia, czy tragedie. Aż do czasu, kiedy okazało się, że mój ukochany mąż nie potrafi już panować nad ilością wypijanego alkoholu. I wtedy zaczęła się moja gehenna. Przez ten czas miałam dziwne relacje z Panem Bogiem: a to błagałam Go o zmiłowanie, a to wątpiłam, czy On naprawdę istnieje, skoro dopuszcza, żebym aż tak cierpiała. A cierpiałam bardzo!
Dziś z perspektywy czasu wiem, że Pan zesłał to cierpienie, po to by mi pokazać swoją siłę, spowodować, żebym ukorzyła się przed Nim i żebym na powrót stała się Jego dzieckiem.
Wszelkie sposoby przerwania istniejącej sytuacji bez udziału Boga nie powiodły się. Mąż mój przystał na propozycję przyjęcia sakramentu chorych. Ksiądz Tomasz przy okazji udzielania tego sakramentu poprosił o modlitwę nad moim mężem jedną z sióstr z Odnowy w Duchu Św. Po skończonej modlitwie siostra zaproponowała Księdzu, aby zezwolił nam na udział w seminarium (było już w toku).
Z radością przyjęliśmy zaproszenie. Nasze życie zaczęło nabierać nowych barw. Trudno mi teraz będzie pisać w pojedynczej osobie, gdyż dostąpiłam tej łaski, że radość przemiany dane było mi dzielić z moim mężem. Swoistym paradoksem jest to, że właśnie dzięki niemu, dzięki tym cierpieniom, które poprzez jego osobę stały się moim udziałem trafiłam na seminarium. A więc Pan miał taki plan wobec mojej osoby! Nie potrafiłam Go docenić w "latach tłustych", zatem w trosce o moje zbawienie zesłał na mnie takie ciężary, abym wreszcie raczyła dostrzec Jego obecność. Dziękuję Ci Boże z całej duszy za to, że znalazłeś drogę do mego serca.
W tym miejscu chcę zaznaczyć, że w początkach mego uczestnictwa w Seminarium dotarło do mnie jak wiele zawdzięczam wytrwałej modlitwie moich rodziców. Kiedy było już niewiele czasu do spowiedzi generalnej miałam uczucie, że nie jestem do niej gotowa. Nie pomyliłam się. Szatan i moja słabość wobec jego zakusów okazała się większa od wierności Bogu. To samo dotyczyło mojego męża. To ostatnie starcie z szatanem było bardzo bolesne. Był tydzień, na koniec, którego nasza grupa miała dostąpić łaski wylania Ducha Świętego.
W środę ksiądz Tomasz i siostra Irenka modlili się nad nami. Wtedy Irenka usłyszała głos Pana mówiącego, że chce, abyśmy się razem modlili. Ksiądz Tomasz usłyszał, że Pan mówi do mego męża: "Wybrałem cię, a nie odrzuciłem". To był prawdziwy przełom w mojej relacji z Bogiem. Różne rzeczy robiliśmy do tej pory razem z Piotrem w życiu, ale nigdy przedtem nie zdarzyło nam się tak po prostu razem uklęknąć i modlić. Od tamtego wieczoru stało się to radosną codziennością.
Pomimo, że nie byliśmy gotowi na przyjęcie Chrztu w Duchu Św. mogliśmy uczestniczyć we Mszy Św. w dniu poprzedzającym wylanie, a także nazajutrz wraz z tymi, którzy Go przyjęli. Obie te Msze Św. wstrząsnęły moją duszą. Duch Św. rozpoczął swe działanie z całą mocą. Od tamtych chwil jedynym moim pragnieniem stało się zupełne oczyszczenie i ofiarowanie życia Panu. Niecierpliwie czekałam na moment Spowiedzi Generalnej. Widziałam z całą ostrością wszelkie zło, które w życiu popełniłam. Byłam pełna obrzydzenia do siebie. Wyrzuty sumienia nie pozwalały na żaden sen. W końcu nastąpiła upragniona chwila pojednania z Najwyższym.
Potem był długi majowy weekend. Pojechaliśmy na Górę Św. Anny. Tam została wysłuchana moja prośba o to, by dane mi było na nowo odkryć piękno i moc modlitwy różańcowej. Łaska ta dana została też mojemu mężowi. Od tamtej pory odmawiamy codziennie Różaniec.

Proces mojej przemiany postępował. W końcu łaska Chrztu w Duchu Św. i nowa jakość życia. Bezwzględnie zapragnęłam przewiesić krzyż z przedpokoju na najbardziej widoczne miejsce w tzw. dużym pokoju. Powiesiłam krzyż w swoim pokoju w pracy. Żałuję tych wszystkich lat, kiedy byłam daleko od Boga. Och, czemuż go nie słuchałam, gdy mnie wołał? Co dzień żarliwie modlę się tak, jak moja Mama kiedyś o mnie, aby moja córka na nowo odnalazła Boga już teraz, by nie czekała, aż zacznie doświadczać ją tak jak mnie. Pragnę jej szczęścia. Takiego jakiego ja doświadczam. Bo ja czuję się po prostu szczęśliwa. Jest we mnie wielka potrzeba pogłębiania wiary i wiedzy religijnej i ze wszystkich sił staram się ją zaspakajać. Jest we mnie wielka potrzeba rozeznawania woli Bożej i postępowania zgodnie z nią. Jest codzienna wspólna z mężem modlitwa, lektura pisma Św. i innych książek o tematyce religijnej. Jest radość nad każdym zwycięstwem nad pokusą, nad słabością. Życie nie stało się automatycznie wolne od trosk, ale mam takie uczucie, że cokolwiek się dzieje - Pan jest ze mną i nie da mi zginąć. Odczuwam spokój, pokój i radość. Wiara we mnie żyje i Bóg żyje! Msza Św. jest ucztą, na którą czekam z niecierpliwością. Eucharystia nabrała nowego wyrazu. Jest chęć czynienia dobra, postępowania w taki sposób, aby nie zasmucać Pana. Jest ogromny ból duszy w przypadku popełnienia grzechu.
W czasie wakacji przebywaliśmy przez jakiś czas w miejscowości, w której nie było okazji do spowiedzi św. Była w niedzielę odprawiana tylko jedna msza św. Ksiądz przyjechał z innej miejscowości by ją odprawić. Moje serce nie było czyste w pełni. Nigdy przed wylaniem Ducha Św. nie doświadczałam takiego bólu z tego powodu, że nie mogę przystąpić do stołu Pańskiego, jak wówczas!
Czuję, jak wzrastam z każdym dniem. Proces przemiany trwa. Tak bardzo bym chciała, aby wszyscy wokół odkryli Chrystusa, już teraz przejrzeli, nie pozbawiali się tej radości, którą On chce dać za darmo, a którą wystarczy przyjąć. Czasami wracam pamięcią do minionych lat i przypominam sobie te chwile mego życia, w których Bóg głośno i mocno do mnie mówił, a ja nie chciałam Go słuchać. Ale najważniejsza jest radość, że choć tak późno, to jednak odnalazłam zagubioną drachmę. Lubię słuchać głosu Boga w modlitwie osobistej i spotkania wspólnoty Odnowy w Duchu Św. Często nie mogę się ich doczekać. Kocham Boga za to, że coraz bardziej odkrywa się przede mną i daje poznawać. Im więcej Go poznaję, tym większy czuję niedosyt.
Bardzo Mu dziękuję za tę łaskę, że nową drogą dane mi jest kroczyć razem z moim mężem. Odczuwam przeogromną wdzięczność za siłę, która Pan mu daje, aby nie ulegał podszeptom szatana. Przypuszczam, że dziwnie to zabrzmi, ale odczuwam także nową jakość naszego pożycia intymnego, tak, jakby w tych chwilach Bóg obecny był także z nami. A może tak powinno było być od początku małżeństwa?
Chwała Panu!

Powyższe świadectwo pisałam ponad rok temu. Proces przemiany duchowej mojej i mojego męża trwa. On zachowuje abstynencję, systematycznie uczestniczy na spotkaniach AA i terapii, a także w spotkaniach modlitewnych. Po kilka razy w tygodniu jesteśmy na Eucharystii. Od września oboje jesteśmy wolni od nałogu nikotynowego, w którym nieprzerwanie pogrążeni byliśmy oboje od ponad 25 lat.
Bądź uwielbiony Boże!

 [1] 

Powrót

Aby dobrze wychować dziecko, potrzeba wiedzy i umiejętności, których większość z nas niestety nie posiada... I gdybym zawczasu wiedziała, ile niebezpieczeństw czyha na nowo narodzonego potomka, mocno bym się zastanowiła, czy podołam... Przecież nie kończyłam szkoły czarownic...Zaczęło się zaraz po porodzie. Na salę przyszła pielęgniarka i po fachowych oględzinach mojej córeczki równie fachowo stwierdziła: „Bardzo ładna. Tylko niech pani czerwoną kokardkę zawiesi, żeby ktoś źle nie spojrzał”. Skomentowałam, że w „intencji niemowlęcej urody” to i trzy razy w niemalowane odpukam. I nawet popluję za siebie. Ale pielęgniarka popatrzyła na mnie dość surowo i mrucząc coś o niedoświadczonych młodych matkach, wyszła z sali... Kilka tygodni potem poszłam z dziećmi na plac zabaw. Plac zabaw, punkt wymiany niezawodnych sposobów na kolkę i zupę pomidorową, stał się tym razem miejscem debaty ideologiczno- -filozoficznej...

Dwa wózki, dwoje dzieci. Jedno bez czerwonej kokardki, drugie „zabezpieczone”: czerwona kokardka przyczepiona wielką szpilą (bardzo bezpieczną...) tuż nad główką niemowlaka. Dlaczego młoda mama zawiesiła kokardkę? Ano „na wszelki wypadek, bo strzeżonego Pan Bóg strzeże”... „Pan Bóg? Za pomocą czerwonej kokardki?” – pytanie wywołało burzę. Mówiło kilka pań: że różnie to bywa, że przecież to nic złego, bo co komu to szkodzi, jeśli pomóc może... No i wiadomo, jak jest przy dzieciach: „nic się nie przewidzi”, „co ma być, to będzie”, wobec czego le-piej „dmuchać na zimne”... Jedna z babć opiekunek dodała, że jak jej córka była mała, to miała nad łóżeczkiem kokardkę razem z... Cudownym Medalikiem. Jak mniemam, dla większej skuteczności. A inna babcia – niania – rzuciła pod moim adresem: „Moja koleżanka też taka &raquo;mądra&laquo; była... W nic nie wierzyła! Wyszła kiedyś z dzieciakiem na spacer, a jakaś kobieta źle na dziecko popatrzyła. I dziecko prawie umarło. Aż musieli do &raquo;baby&laquo; chodzić, żeby odczyniła. To było wiele lat temu, no ale wie pani, jak to jest...” Nie bardzo wiedziałam...

Żeby ciąża nie ciążyła
Z ciążą odpowiednio „noszoną” to chyba jest największy problem. Bo żeby dziecko urodziło się zdrowe i śliczne, to dopiero nastarać się trzeba. Włosy w ciąży ścinałam, więc grozi jej „krótki rozum”. Włosy też farbowałam, więc powinna być ruda. Mała, przez moją niewiedzę, może być jednocześnie łysa, bo nie wiedziałam, że depilacja daje „łyse” skutki... A prócz łysiny grozi jej... nadmierne owłosienie. Bo tuliłam i głaskałam naszą wielką kundlicę... Przyznam też, że nieodpowiedzialnie nosiłam apaszki i łańcuszki na szyi – więc dziecko cudem chyba nie „owinęło się pępowiną”. I kupiłam wyprawkę przed narodzinami, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób „mogę zapeszyć”. Inne „zalecenia” na ciążę? Po turecku siadać nie można – dziecko będzie miało krzywe nogi. Nie można też podczas zmywania naczyń zalać sobie brzucha wodą: dziecku niechybnie grozi alkoholizm. No i oczywiście nie wolno patrzeć na ładnych inaczej, bo i dziecku tego typu uroda zapewne przypadnie w udziale. Przy okazji dowiedziałam się, dlaczego moja najstarsza ma na nodze myszkę – takie brązowe, lekko kosmate znamię. Otóż w ciąży zapewne przestraszyłam się... myszy i z tego przerażenia złapałam za swoją nogę. Dobrze, że nie za nos...
Okołochrzcielne czary-mary
Gdy dziecko szczęśliwie przyjdzie na świat, nadal trzeba uważać. Przed chrztem na przykład matka w połogu nie może odwiedzać sąsiadów. Grozi to ogólną wszawicą. Dziecko natomiast, jeśli styka się z obcymi ludźmi, musi być koniecznie „zabezpieczone” wspomnianą czerwoną kokardką. A jeśli nadal ciągle płacze, znak to niechybny, że i kokardka nie zadziałała i należy zły urok odczynić...

W tym celu wylewamy nad dzieckiem wosk albo przeciągamy je przez... spódnicę. A potem następuje chrzest – wydarzenie ważne, bo od tego czasu dziecku nie powinny grozić uroki i złe wzroki. Ale dobrze ochrzcić nie jest łatwo. Najpierw trzeba wybrać odpowiednich chrzestnych. Chrzestną nie może być kobieta w ciąży – wtedy niechybnie jedno z dzieci umrze. Nie może być też wdową, gdyż chrześniak będzie nieszczęśliwy. No i chrzestnymi nie powinno być małżeństwo, gdyż z pewnością zostanie bezpłodne. Względnie się rozwiedzie.

Sprawa z prezentami też jest skomplikowana. Nie wolno przyjmowanemu do Kościoła dziecku ofiarowywać... krzyżyka. To „wróży krzyż na całe życie”. A jeśli już z miejsca świętego krzyż się na prezent przywozi, to zawsze należy za niego zapłacić. Jak się zapłaci, choćby i grosz, to nieszczęścia pewnikiem nie będzie. W dzień chrztu starannie obserwujmy dziecko: jeśli krzyczy i drze się wniebogłosy, to... dobrze. Oznacza to, że będzie się dobrze chować. Przed ceremonią do ubranka potomka należy włożyć monetę, co warunkuje bogactwo. Ktoś z gości powinien podarować maluchowi łyżkę, żeby nie cierpiało głodu. A w pieluchę należy wsypać cukru. Któż nie chce dla dziecka słodkiego, miłego życia?

Ktoś powie, że takich praktyk w XXI w. już się nie spotyka? Oto dowody, że istnieją i mają się dobrze. Anka, lat 23: „Mój Krzysio miał przy sobie w trakcie chrztu notes i długopis, pieniądze i cukierki, co wróży podobno chęć do nauki, dużo pieniędzy i słodkie życie. Po powrocie z kościoła został położony na stole, żeby był gościnny...”. Karolina, mama Jasia: „Nie powinno się ubierać dziecka do chrztu od lewej ręki. Tylko najpierw prawa, a potem lewa. Inaczej będzie leworęczne. Ja oczywiście nie wierzę w przesądy, ale ubierałam od prawej. Tak na wszelki wypadek”...
W maju ślub...
Kiedy dziecię osiąga wiek dojrzały i postanawia powiedzieć drugiej połówce sakramentalne „tak”, wszelkie rodzinne „tradycje” i dobre rady znów ożywają… „W maju ślub, w grudniu grób” oświecono mnie, gdy termin ślubu wyznaczyliśmy na maryjny miesiąc. Dlaczego? Bo w nazwie miesiąca nie ma literki „r”. Jeśli jest „r” – szczęście gwarantowane. Gdy „r” nie ma – drżyjcie młodzi, nieszczęście nadchodzi. Istnieje wiele wytycznych co do wyglądu i zachowania młodych. Panna młoda nie może mieć przy sobie pereł oraz róży – to przynosi pecha. Powinna mieć za to pieniądze w bucie – wtedy będzie bogata, a but, uwaga, musi być zakryty. Jeśli jest „odkryty” – szczęście oczywiście wycieka przez dziurki... Pan młody natomiast, aby żyło się szczęśliwie, nie może zobaczyć ślubnej sukni.

Gdy młodzi w końcu do kościoła wyjadą, trzeba obserwować pogodę. Deszcz, według jednych wróży nieszczęście, według innych... błogosławieństwo: bo to sam Pan Bóg święci młodych. Jeśli się czegoś zapomniało (na przykład obrączek), za nic na świecie nie wolno wrócić do domu. Z takiego małżeństwa nic już nie będzie... Podczas ceremonii również należy zachować daleko idącą czujność. Wszyscy uważnie patrzą, który z małżonków „obróci drugiego przed ołtarzem”: obracający będzie w związku rządzić. A niejedna ciotka lub babcia z niepokojem wpatruje się w świece płonące przy ołtarzu: ich zgaśnięcie wróży śmierć małżonka stojącego tuż przy niej... I strach pomyśleć, co czuje taka ciotka, gdy w kościele przeciąg...

Po Mszy św. należy zwrócić uwagę, kto pierwszy podchodzi do młodych. Jeśli życzenia składa mężczyzna, najlepiej ojciec panny młodej, to dobrze. Gdy kobieta – niestety, z małżeństwem będzie źle. Ślub w żadnym wypadku nie może być trzynastego. Ale to akurat jasne. Wtedy wszystko zdarzyć się może, na przykład objawienie fatimskie...

Rada z przymrużeniem oka
Drodzy Rodzice! Jeśli dotychczas „nieodpowiednio” inwestowaliście w szczęście dziecka, nie popadajcie w rozpacz. Jest nadzieja. Oto sposób na dziecięco- -rodzicielski błogostan. Sposób niezawodny i interdyscyplinarny: działa równie dobrze na niemowlęcy płacz, pałę z matmy, jak i niedobrą synową... Proszę wyciąć i przyczepić na lodówce: „Stań z dzieckiem na rozstajnych drogach. Popluj za siebie, posyp dziecko nietoperzem w proszku. Przygotuj wywar z wąsów kota i łusek jaszczurki. Eliksir pij powoli”. Tylko się nie śmiej, bo się zadławisz. I nieszczęście gotowe. Smacznego.

 [1] 

Powrót

Szczęść Boże!

Chciała bym opisać swoje życie i to co dał mi Pan w nim. Chociaż nie mam zbyt dużo lat bo tylko 17 i pewnie nie znam prawdziwego smaku życia. Chciałabym jednak opisać swoje życie i moją drogę do Pana. (nie wiem czy kogoś to zainteresuje ale mam taką potrzebę)

Gdy byłam dzieckiem w wieku 7-8 lat do kościółka zabierała mnie zawsze moja babcia. Mówiła mi jak kochać ludzi i zawsze mówiła że latają nad każdym człowiekiem dwa aniołki ten dobry i zły i trzeba tylko wybrać po której stronie chcesz być dobrego czy złego. Mamy nigdy nie rozumiałam mówiła mi że nie może iść do kościółka, pytałam dlaczego zawsze mówiła mi że wytłumaczy mi to gdy będę starsza.

Gdy babcia wyjechała przestałam chodzić do kościółka. Nie pytałam już o nic. Było mi to obojętne. Nadszedł dzień pierwszej komunii świętej. Mama przygotowała mnie ślicznie. Wtedy nie zastanawiałam się po co mi to wszystko. Tato jak sama się potem domyśliłam był "wierzącym nie praktykującym".

Po komunii kontakt z kościołem zerwał się już do końca. A w domu mama przyjmowała Światków Jahwe nigdy ich nie lubiłam i zawsze z siostrą im dokuczałyśmy. Zaczęło się dokuczanie, na lekcjach wariacje z charakteru jestem wstrętna i trudno mnie uspokoić jak wpadnę w furie. Na lekcjach religii zaczynałam dokuczać i powoli zaczęłam nienawidzić ludzi kościoła, zadawałam sobie pytanie po co to wszystko. Co oni chcą ode mnie. Robiłam rzeczy niemożliwe klęłam na wszystko i na wszystkich. Gdy szłam do 5 klasy podstawówki zaczął się najgorszy bunt, słuchanie muzyki heavy metalowej. Noszenie krzyża do góry nogami, czytanie Biblii Szatana i sławienie go. Mówiąc prosto pseudo satanizm. Plułam na Boga i na wszystkich, wyszydzałam ich. To wszystko trwało do 1 klasy Gimnazjum. (Wtedy to też zaczęłam palić marihuanę i haszysz). Gdy siedziałam na religii ksiądz powiedział że mam minusa, bo nic nie robiłam to tak go zwyzywałam że mama w końcu wypisała mnie z religii (a chodziłam tylko dlatego bo ojciec tego chciał). Od tamtej pory byłam szczęśliwa, że nic mnie z tymi ludźmi nie wiąże. Zaczęłam brać z przyjaciółmi więc nie poznawałam nowego towarzystwa tak jak to jest w wielu innych przypadkach spotykaliśmy się coraz częściej na palenie niż na pogadanie o różnych sprawach. Zaczynałam się staczać na dno piłam, ćpałam.
I wtedy zobaczyłam że jakoś zaczyna mi brakować Pana Boga, że bez niego nic nie ma, że nie daje rady. Na początku broniłam się przed tym myślami byłam twarda, chciałam wierzyć w szatana. Ale miłość Boga była mocniejsza i ode mnie i od diabła.
Zaczynałam się modlić ale byłam zagubiona w końcu nie modliłam się i nie spowiadałam od pierwszej komunii świętej. Próbowałam sobie radzić, ale wszystko kończyło się dołkiem i znowu ćpanie, ćpanie, ćpanie. Moim marzeniem było uwolnić się od tego przestałam nosić jakieś satanistyczne wisiorki. Owszem dalej słucham tej muzyki ale chce trwać przy Bogu i wyspowiadać się. Podchodziłam do spowiedzi nie raz, ale bałam się panicznie kościołów nie miałam odwagi nawet wejść. Gdy podchodziłam do jakiegokolwiek księdza ogarniał mnie paniczny strach nie mogłam nic powiedzieć. Nie miałam nikogo bliskiego komu mogłabym to powiedzieć, że wierze w Pana tylko ludziom z internetu którzy podtrzymywali mnie na duchu miałam myśli samobójcze. Nie dawałam sobie rady czułam że coś mnie wyżera od środka chciałam być dobra ale robiłam wszystko źle. Gdy szłam ze znajomymi miastem i mijałam zakonnice wyszydzałam je razem z kumplami. Nie byłam wtedy sobą to tak jakby ktoś mną władał. Były dwie dusze we mnie ta dobra i zła. Chciałam żeby wszystko dało mi spokój. Myślałam ze ratunkiem od Boga i od wszystkiego będzie alkohol i narkotyki. Zaczęłam zadawać się z ludźmi starszymi. Codzienne wypady na wino, wódkę, spirytus. Koło mojego starego gimnazjum jest park w którym zawsze się spotykaliśmy. Pamiętam że któregoś dnia po lekcjach kiedy to już wszyscy czekali na mnie i na resztę ludzi wszyscy popijali wino. Zobaczyłam wtedy moją siostrę zakonną z młodszymi dziećmi.
Koledzy do mnie powiedzieli żebym wzięła wino i przechyliła przy niej (zakonnicy) wszystko, dołączając do tego obraźliwe słowa. Nie chciałam tego robić ale presja była większa. Czułam się wtedy jak śmieć. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
Upijałam się praktycznie codziennie albo przychodziłam do domu pod wpływem narkotyków. Chciałam się od tego uwolnić więc wyjechałam z mojego miasta dalej do szkoły. Pamiętam ostatni dzień wakacji przed pójściem do Liceum w nowym mieście. Tak się zapiłam z moją siostrą i z kumplami, że obudziłam się na ławce w parku jak menel, a moja siostra spała obok. To było podłe uczucie jak wszyscy cię zostawiają. Jesteś sam a z boku widzisz staczającą się jak ty własną siostrę.
Gdy znalazłam się w szkole na początku nie wierzyłam że poszłam do takiej szkoły, w internacie cały czas pod nadzorem. nie miałam jak się dobrze napić a tym trudniej było coś załatwić z narkotyków. Poznałam wtedy mojego nowego księdza (nie chodziłam wtedy na religie przez całe gimnazjum) nie wiedziałam co mam zrobić żeby nie ulec mojej siostrze i chodzić na religie (moja siostra nie chciała chodzić w dalszym ciągu na religie).
Powiedziałam że fajny z niego koleś i jak mi się nie spodoba to się wypisze. Moja siostra od razu się wypisała. ale chodziła na lekcje, obserwowała mnie. Któregoś dnia po lekcji złapałam go na korytarzu szkolnym i zapytałam się czy mógłby zemną porozmawiać? Odparł że tak i umówił się zemną na spotkanie. Byłam wtedy szczęśliwa że udało mi się poprosić księdza o rozmowę.
Gdy przyszłam do Niego opowiedziałam mu trochę o sobie ale byłam tak spięta że trudno mi było cokolwiek mówić, więc i on opowiedział mi trochę o sobie. Umówiliśmy się że jak będę gotowa na spowiedź to mam mu powiedzieć po lekcji to pójdziemy i On mnie wyspowiada.
Byłam szczęśliwa, że jestem tak blisko mojego marzenia. Ale w dalszym ciągu piłam i brałam. Znalazłam nowe "wtyki" i nowych handlarzy było mi coraz łatwiej brać. Dni mijały w szkole, ja zwodziłam księdza albo jak ja byłam gotowa to on nie mógł, a jak on mógł to ja musiałam wyjechać. Bałam się strasznie tej spowiedzi. Ale Bóg nade mną czuwał, dawał mi kolejną szansę. Nawet pojechałam na pielgrzymkę Benedykta XVI gdzie koło mnie spowiadał ksiądz. Bałam się nawet odezwać do niego. Było dużo szans z których nie skorzystałam.
Gdy nieubłaganie zbliżał się koniec roku ja w dalszym ciągu nie byłam wyspowiadana.
Ale na duchu trzymała mnie cały czas jedna z sióstr Augustianek od Miłosierdzia Jezusa z Francji
W końcu zmobilizowałam się i podeszłam do księdza powiedziałam mu że jestem gotowa i chciałabym się wyspowiadać. Umówiłam się z nim na konkretną godzinę.
Przed spowiedzią bałam się strasznie usiadłam na ławce i zrobiłam porządny rachunek sumienia. Gdy poszłam na plebanię nie mogłam zadzwonić nawet do księdza, bo tak się panicznie bałam. Siedziałam i myślałam o tym wszystkim. W końcu w duszy sobie powiedziałam TERAZ, ALBO NIGDY. Gdy zeszedł ksiądz na dół wziął mnie do kościoła. Pamiętam ten moment kiedy zakładał stułę i siadał do konfesjonału stanęłam jak wryta nie wiedziałam czy podejść. Bałam się strach był tak duży. Podeszłam i uklęknęłam, bałam się każdego wyrazu, każdej myśli. Ale ksiądz mnie uspokajał. Mówił szeptem, tak spokojnie. Jego głos uspakajał moje myśli, ten cały zamęt jaki miałam w głowie. Po spowiedzi byłam w szoku a ksiądz zapytał mnie jeszcze czy nie chciałabym przyjąć komunii świętej. Odpowiedziałam, że tak. To było piękne, patrzyłam się na Jezusa i dziękowałam mu. Gdy ksiądz odszedł uklęknęłam w ławce i chciałam się pomodlić podziękować za te łaski. Inni ludzie patrzyli się na mnie w kościele na to wszystko, a ja się radowałam, że to właśnie mnie spotkała ta łaska.
Dziś myślę sobie, że ludzie podchodzą do spowiedzi jak do czegoś normalnego nie widzą w tym Jezusa i swojego oczyszczenia, szczerości z Panem. nie widzą tego całego piękna jakie zawiera ten sakrament.
Pan Bóg otworzył mi oczy. Pokazał swoją miłość. Dalej "biorę", ale próbuje rzucić to wszystko, wiem, że nawet jak nie przestanę, On będzie przy mnie. Jest mi bardzo trudno wiem, że jedna spowiedź mi nie wystarczy, ale jestem silniejsza i wiem, że z pomocą Bożą dam radę wiem, że dalej będzie ciężko, ale On mi pomaga, niesie mnie na swoich ramionach kiedy upadam..
Pax et Bonum

 [1] 

Powrót

Zegar

Dzisiaj jest

sobota,
25 lutego 2017

(56. dzień roku)

Święta

Sobota, Rok A, I Dzień powszedni

Licznik

Liczba wyświetleń strony:
9160